czwartek, 18 lipca 2024

Dlaczego Psychologia? Życie w pigułce.

 




Witam moi Czytelnicy!

To będzie suchy tekst, pozbawiony emotek. Zawiera w sobie kawał z mojego życia, choć w wersji mocno skrótowej. Niektóre elementy być może kiedyś rozwinę.


Chciałbym odpowiedzieć na pytanie, które zostało nie tak dawno temu rzucone w moją stronę. Odpowiem maksymalnie wyczerpująco, starając się zachować chronologię zdarzeń. Dlaczego wybrałem na kierunek swoich studiów psychologię o kierunku klinicznym i osobowości? Żeby należycie nakreślić temat i ścieżki mojego rozumowania, należałoby się cofnąć do roku 2008. O ile nie zawodzi mnie pamięć, byłem wówczas uczniem klasy podstawowej na roku piątym. W tamtym czasie, pojawiały się u mnie pierwsze przebłyski artystyczne, poważniejsze niż ubliżające kolegom czy koleżanką obrazki i wierszyki. Moje zainteresowanie gwałtownie ulegały zmianie. Z dinozaurów, żołnierzyków i postaci z bajek, swoją uwagę zacząłem przerzucać na religię, mitologię, kryptydy i paranormalne zjawiska. Większą wagę zacząłem przywiązywać do przeżyć ludzkich w kontekstach doznań wszelakich i do analizy danych, które do mnie docierały. Zauważyłem, że zaczynam czerpać przyjemność z rozpracowywania ludzi i celowej manipulacji nimi. Na tamten czas było to wysoce niebezpieczne i oddalało mnie od prawidłowych relacji z rówieśnikami. Kto chciał się zadawać z dziwakiem, który przysłowiowo „bujał w obłokach”, jak i sugestywnie podkręcał ludzi, często stając się przez to ofiarą przemocy fizycznej. 

Bawić się ludzkimi emocjami (no… niemal) przestałem dopiero w pierwszej klasie gimnazjum, miałem ku temu dwa poważne powody. Pierwszym było to, że przez pół roku uczyłem się systemu i filozofii walki Bruce’a Lee – Jeet Kune Do. Zajęcia, w których brałem udział, mocno wyciszyły mój wewnętrzny szum i nauczyły mnie wielu ważnych, moralnych przykazań. Szacunek do ludzi, szacunek do emocji, szacunek do siebie. Te trzy główne filary, choć nadal chwiejne, w większości przypadków trzymały mnie w ryzach. Drugim powodem było zostanie harcerzem 13 Świdnickiej Drużyny Starszoharcerskiej „Mafikeng” (wybaczcie druhowie jakbym użył zapisu fonetycznego, to było dawno). Harcerstwo niewątpliwie uczy lojalności, współżycia w grupie, konsekwencji w działaniu i życiowej zaradności. Nigdzie nie przeżyłem tak wielu magicznych chwil jak podczas tych niespełna trzech lat działania jako harcerz. Obozy, gry terenowe, stacjonarne zajęcia – wszystko to dawało masę frajdy. Gdyby nie narkotyki, które również w gimnazjum zaczęły brać aktywny udział w moim życiu, pewnie poszedłbym ścieżką harcerstwa i dziś prowadził swoją własną drużynę. Dużo okazji straciłem przez swoje ciągoty do substancji zmieniających świadomość.

W gimnazjum, jak możecie wywnioskować z poprzedniego fragmentu tekstu, zmieniło się zdecydowanie najwięcej. Harcerstwo, sztuki walki, działanie jako lokalny artysta hip-hopowy, pogłębianie swojej wiedzy z zakresu socjologii i psychologii, ale i okultyzmu – wszystko to rozwijało mnie w prężny sposób, ale jednocześnie zaś na boku pogłębiałem swój nałóg od marihuany, dochodziły także dopalacze. Coraz rzadziej wychodziłem do ludzi w celach innych niż rozrywkowe, coraz więcej czasu spędzałem przy samotnych analizach, często błędnych z uwagi na brak możliwości konfrontowania się z kimś o odmiennych poglądach. Gdy nadeszły czasy licealne, zacząłem naprawdę mocno się sypać a moje pasje odeszły w stan niebytu bądź uśpienia. Przestałem uczęszczać na spotkania harcerskie, przestałem nagrywać rap, ograniczyłem w dużym stopniu pisanie poezji, odstawiłem czytanie książek, przestałem interesować się czymkolwiek co nie przynosiło mi natychmiastowej przyjemności. Większość czasu licealnego przesiedziałem albo zamulony narkotykami w klasie, albo rozochocony nimi na wagarach. Oczywiście nadal cechowała mnie pewna przenikliwość i wiedza w tematach, którymi niegdyś się interesowałem, jednak wszystko to było podszyte coraz większą dozą naiwności i braku szacunku do siebie oraz swojego rozmówcy. Wielokrotnie rzucałem półprawdami w konwersacjach, często też nie słuchałem tego co ktoś do mnie mówi, kiwając tylko tępo głową dla niepoznaki. Z czasem ludzie zaczęli to dostrzegać i przestali wchodzić ze mną w interakcje. Stałem się również jednym z najbardziej znienawidzonych uczniów drugiej klasy liceum, z uwagi na konflikt i nieporozumienie, które wybuchło w około mojego przyjaciela. Oskarżono go o donos na policję na jednego z największych dilerów szkolnych, ja zaś jako ten, który ani przez moment w to nie wierzył (nigdy nikt nie przedstawił na to dowodów), byłem pociągany do odpowiedzialności zbiorowej wraz z nim. 

Prześladowanie trwało niemal rok czasu, póki nie ucichło na tyle, by dało się normalnie funkcjonować. Nigdy jednak nie dałem się zgnoić, nie dawałem po sobie poznać jak bardzo mi smutno. W liceum tylko raz próbowałem wrócić do swojego artystycznego ja, nie pamiętam w której klasie. Dogadałem się z moją nauczycielką od języka polskiego, że napiszę tomik wierszy, ona zaś z pomocą swoich znajomości w redakcjach, pomoże mi go wydać. Wszystko szło powoli, jednak do pewnego stopnia zadowalająco. Tomik miał mieć charakter fabularny i opowiadać, wiersz po wierszu, historię chłopca strąconego pewnej nocy przez demona do podziemnego świata. Pisałem na komputerze i gdy byłem już blisko - blue screen przekreślił moje dążenia. Zawiodłem siebie, zawiodłem panią od polskiego, nie podjąłem dalszych prób. 

Po liceum mój stan się ustabilizował do pewnego stopnia. Zacząłem na nowo czytać, tworzyć poezję, czasem i coś nagrywać, lecz głównie dla swoich tylko uszu. Odszedłem w większym stopniu od stymulantów, mając jednak okresy, kiedy nie ruszałem się bez nich z pokoju. Zacząłem chodzić do pracy, w której przymykano oczy na mój codzienny stan uniesienia narkotykowego. Sprawdzałem się, więc pozwalano mi na naprawdę wiele. Nie tylko mi zresztą, tamto miejsce pełne było ludzi z podobnymi nałogami, nawet na wyższych stanowiskach. Czas płynął i kolejne dwa wydarzenia uderzyły we mnie z pełną mocą, po raz kolejny wywracając mój świat do góry nogami. W roku 2016, w czerwcu, odszedł na tamten świat mój przyjaciel z czasów licealnych, ten o których wspominałem. Powiesił się… samotny, zdesperowany i nietrzeźwy. Chociaż bardzo mnie to dotknęło i myślę czasem o tym do dziś… z uwagi na telefon, którego nie odebrałem od niego tej nocy, gdy to zrobił. Nie załamało mnie to jednak. Od dłuższego czasu nasze relacje mocno się ochłodziły z uwagi na jego pogłębiający się alkoholizm, problemy psychiczne i olewanie tematu pomocy. Byłem jedynie bardzo zawiedziony i zły na niego, miałem też wyrzuty sumienia, że nie odebrałem tego cholernego telefonu… jednak naprawdę miałem dość pijackich wywodów i żali. 

Drugim wydarzeniem, które dopiekło mi na całego to rozstanie z dziewczyną w 2017 roku. Od jakiegoś czasu z powodu niestabilności emocjonalnej i związku na odległość, zdradzałem ją, olewałem, zaszczepiałem w niej myśli o tym, że jestem złym człowiekiem, aż w końcu najarany i naćpany do granic napisałem jej, że nigdy jej nie kochałem i się tylko nią bawiłem. Gdy otrzeźwiałem i sobie wszystko przemyślałem, analizując każdą jedną rzecz, której się względem niej dopuściłem, chciałem to naprawić. Nie było jednak powrotu. Z perspektywy czasu myślę, że dobrze wyszło. Gdybyśmy wrócili, skończyłoby się to źle, prędzej czy później - tak zaś, dostałem nauczkę na całe życie, która co prawda zawiodła mnie na granicę życia i śmierci (wiele lat z żalu i złości na siebie, staczałem się coraz szybciej na dno, mimo początkowej półrocznej chęci zmiany), ale ukształtowała zalążek moich aktualnych poglądów. Gdy zacząłem mieszkać sam, będąc w tak bardzo złym stanie psychicznym, (zawsze umiałem go ukrywać) było to dla mnie niemal jak wyrok. W ciągu dwóch lat zamieniłem mieszkanie w totalną melinę, zaś siebie w niemal bezmózgie zombie, pragnący tylko kolejnych dawek substancji psychoaktywnych. Przestałem chodzić do pracy, przestałem się interesować tym czy przeżyję, robiłem coraz to nowe długi i dawałem się rozgrywać coraz większej ilości, żerujących na mnie ludzi. O dziwo nawet w tamtych momentach słyszałem od niektórych, że pięknie pisze, mówię z sensem i że powinienem ogarnąć się i rozwijać. Prowodyrem takich rozmów były głównie moje dwie przyjaciółki, razem ze mną siedzące w objęciach nałogu. Słuchałem tego co mówią, starałem się ograniczać, powracać do życia, jednak na nic. Dopiero gdy grupa zawistnych osób, złożyła na mnie skargę na policję i zostałem złapany, zacząłem głębiej się zastanawiać czemu nadal tkwię w tym środowisku. Osoby te chciały nie tylko mnie okraść i udupić, ale też wrobić w porwanie i handel niedozwolonymi środkami. Czemu wgl. dopuściłem takich zwyrodnialców do swojego życia? Dotarło do mnie całkiem szybko, po prostu stałem się jednym z nich.

Cała moja wiedza o społeczeństwie, emocjach, manipulacjach, doświadczeniach – nie uchroniła mnie przed zatraceniem siebie. Będąc w stanie z pogranicza psychozy, zadzwoniłem do mojej mamy i zakomunikowałem jej, że chcę uciec, że nie mogę tu zostać, bo jeżeli ktoś nie pozbędzie się mnie, zrobię to z czasem sam. No i potoczyło się. Psychiatra, wyprowadzka, leżakowanie całe dnie, Monar, ponad dwuletnia terapia i jestem tu, gdzie jestem aktualnie. Już po trzech miesiącach spędzonych w Monarze, zaczęły wracać do mnie pasje, umiejętności społeczne i chęci do funkcjonowania. Zaś w toku terapii poznawczo-behawioralnej, uświadomiłem sobie, że głupio by było przespać życie, bądź poddać się stagnacji i skoro od dawna się czymś interesuje, przydałoby się zacząć działać w tym kierunku. Trochę walki ze swoimi przyzwyczajeniami oraz brakiem pewności siebie, dało mi do myślenia, że w przyszłości chciałbym pomagać ludziom. Dbać o ich stan psychiczny i nie dopuszczać, żeby prywatne tragedie odbijały się piętnem na ich późniejszych decyzjach, jak miało to w moim przypadku. Z uwagi na wczesne zainteresowanie socjologią, szukałem kierunku „Psychologii społecznej”, nie znalazłem jednak żadnej renomowanej uczelni, która pozwoliłaby mi studiować ten kierunek w trybie zdalnym, tak bym mógł mieć wystarczająco satysfakcjonujący czas dla siebie, pracy oraz innych. Znalazłem jednak kierunek „Psychologii Klinicznej i Osobowości” i długo się nie zastanawiając, podjąłem naukę. Gdyby patrzeć na ilość zaburzeń jakie sam przeszedłem i z jakimi przez lata miałem styczność, ten tor edukacji, jest mi nawet bardziej znajomy.

To tyle, dziękuję za Waszą uwagę, cieszę się, że jesteście. 

Tester Doświadczeń.


czwartek, 11 lipca 2024

Baldurs Gate 3 - Prolog

 



Było mi strasznie zimno. Myśli zlewały się w jedną, bezkształtną masę. Każdy oddech sprawiał trudność, czułem jakby coś mnie zgniatało, nie tylko od zewnątrz, ale od wewnątrz. Czemu jest tak zimno? Czemu nic nie widzę? Próbowałem otworzyć oczy, jednak na próżno. Szum, który dobiegał moich zmęczonych uszu, zdawał się narastać i narastać. Może to świadomość wracała, może zaś nadal spadałem gdzieś w głąb siebie. Musiałem mocno się starać by trzymać rytm oddechu, miałem wrażenie, że jakkolwiek nie będzie, moje płuca zaraz eksplodują. Próbowałem krzyknąć, usta odpowiedziały ciszą. Zacząłem słyszeć w głowie szepty, wwiercające się w mój mózg z dziką siłą. Zawyłbym z bólu, gdybym tylko mógł. Chciałem się poruszyć, chociaż jednym palcem, lecz i to przewyższało moje możliwości. Ta bezradność pozbawiała mnie nadziei. Czas płynął bezlitośnie a ja walczyłem o życie, w każdej, ciężkiej jak głaz sekundzie. Nagle udało się, jaskrawy blask objął moje powieki niczym kochająca matka swoje dziecię. Poruszałem gałkami ocznymi szybko i nerwowo, pragnąc jak najszybciej rozeznać się w nieznanej mi sytuacji. Chwile mijały i gdy poczułem w końcu, że z moich powiek spada ciężar, otworzyłem oczy. 

Bogowie! – pomyślałem niemrawo ze zgrozą. Obraz, który pojawił się, jeszcze mocno zniekształcony przed moimi oczyma, nie był jednym z tych, które chciałoby się ujrzeć po przebudzeniu. Byłem chyba na jakimś statku, na to wskazywał poruszający się nieboskłon, który widziałem przez olbrzymią szybę w górze. Nie byłem jednak pewien czy to dobre określenie na ten przedziwny twór, w którego wnętrzu się znajdowałem. Ściany wydawały się żyć. Wszystko pokryte było śluzem i zdawało się leniwie oddychać, wydawało się słuchać, patrzeć nawet. Czułem się niesamowicie przytłoczony, nagle zapragnąłem, by ktoś na powrót odebrał mi zmysły. Spojrzałem w dół na swoje skrępowane ciało. Więziła mnie warstwa utwardzonego śluzu, tworząc w około mnie sieć skomplikowanej pajęczyny, przytwierdzającej mnie ciasno do ściany. Czułem wewnętrznie, że to nie jest zwykła materia, to coś stale wysysało ze mnie energię, nie pozwalając odnowić się jej do bezpiecznego dla funkcjonowania poziomu. Czułem, że stopniowo wraca mi głos, choć póki co z mojego gardła dobiegał jeno głuchy charkot. 

Czekałem aż coś się zdarzy, coś się zdarzyć musiało i wcale mój czas oczekiwania, nie był tym razem długi. Dostrzegłem go. Czyżby był tam cały czas, czy zjawił się, kiedy moje zmysły zaczęły wracać? Nie wiedziałem, nie miało to znaczenia. Od razu pojąłem, że stoję przed swoim oprawcą. Wysoka postać, ubrana była w czarno-szary, bogato udekorowany płaszcz, ozdobiony godnymi szlachty ornamentami i połączony z elementami dziwnej, płytowej zbroi. Co dziwniejsze, zauważyłem, że postać ta delikatnie unosi się nad ziemią. Nie to jednak szokowało najmocniej, robiła to "twarz" dziwnego jegomościa. Szara, podłużna, z odstającymi, potężnymi mackami w miejsce ust. Najgorsze były w niej oczy. Płonęły dzikim, czerwonym blaskiem, zimne i podstępne. Istota zdawał się nie zwracać na mnie uwagi. Stała przez dłuższy czas, wpatrując się gdzieś w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Po chwili dotarło do mnie, gdzie patrzy, gdy i ja tam spojrzałem. Niedaleko mnie, uwięziona jak i ja, była kobieta. Pochodziła z plemienia Githyanki, od razu rozpoznałem po charakterystycznej, orczo-elfiej urodzie. Ona też już się przebudziła, miała na tyle sił by zacząć się wiercić. 

Waleczny lud, ja nie mogę się poruszyć na centymetr – pomyślałem, wpatrują się w nią. Nagle jednak, coś innego przyciągnęło moją uwagę. Szarawa ośmiornicowata istota, machnęła w powietrzu bezwiednie długą, zakończoną czarnymi pazurami dłonią. Ogromna kula z żyjącej materii, będąca w zasięgu potwora, rozkwitła nagle na moich oczach. W środku niej, choć może mi się zdawało, bowiem dostrzec mogłem tylko refleksy na śluzie, była rubinowo perłowa ciecz. Mój oprawca sięgnął do niej dłonią, po czym wyjął z niej ni to robaka, ni to kijankę. Wiła mu się między długimi pazurami jak piskorz, definitywnie próbując odzyskać swobodę. Trwało to jednak tylko moment, poczułem straszliwy uścisk w skroniach i wtem małe stworzonko zamarło naprężone jak struna, zwisając potulnie, jakby w gotowości. Ośmiornicogłowy zaczął płynąć w powietrzu, przez chwilę myślałem, że zbliża się do mnie, lecz jego celem była przebudzona wojowniczka. Nie widziałem co jej zrobił, gdy stanął naprzeciw niej, lecz zdławiony przez chrypę krzyk dziewczyny, brzmiał intensywnie i ucichł upiornie. Dziwaczna istota podążyła znów w stronę tej przedziwnej kadzi, z której pochodził robak, co ciekawe, nie miała już go w dłoni. Spojrzałem na Githyankę, wydawała się nieprzytomna, z ust zaś ciekła jej strużkiem ślina. Mój niepokój sięgał zenitu, bezwładnie patrzyłem, jak stwór powtarza wykonaną procedurę. Sięgnięcie w ciecz, robak, ucisk na skroniach i już był przede mną. Gdy patrzyłem w jego bezdenne, okrutne oczy, moje ciało zaprotestowało. Pierwszy raz od przebudzenia, zdołałem poruszyć nie tylko głową, ale i dłońmi. Mackowy patrzył na mnie, miałem wrażenie, że w jego oczach błysnęły iskierki rozbawienia. Podniósł swoją dłoń na wysokość mojej głowy i poczułem, że cały sztywnieję. Moje kości wibrowały, skóra paliła, nerwy rwały się jak liście na wietrze. Musiałem na niego patrzeć, spięty i bezsilny. Dostrzegłem drugą dłoń a w niej dziwnego robaka. Teraz mogłem przyjrzeć się mu z dokładnością. Było to małe, oślizgłe stworzenie z czterema krótkimi nóżkami, pokryte skąpym włosiem i bez oczu, jedynie z otworem gębowym. Gdy Istota podniosła robaka na wysokość mojej twarzy, jego małe nóżki nagle wydłużyły się w macki, otwór gębowy poszerzył się, odsłaniając setki małych zębów. Robak zaczął się wyrywać, piszcząc dziko. Patrzyłem jak zahipnotyzowany, może zaś byłem? Przebudził mnie dopiero dominujący ból, gdy robak zaczął pełzać po mojej gałce ocznej, podważając mackami powiekę, by dostać się dalej. Próbowałem mrugać, próbowałem ruszać desperacko głową, nic to nie dało. Byłem całkowicie sparaliżowany. Nic nie opisze potworności uczucia, które towarzyszyło mi w tamtym momencie. Wszystko to, cała niewyobrażalna agonia, kiedy czułem, jak stworzenie wwierca się w mój mózg, trwała wieczność. W końcu coś we mnie pękło i znalazłem chwilę ukojenia, zemdlałem. 


czwartek, 4 lipca 2024

Solo Leveling - wprowadzenie do świata i analiza przemiany bohatera.

 



Cześć Czytelnicy!

Ostatnio miałem przyjemność posprawdzać w końcu trochę nowo powstałych anime. Jak wiecie, jestem fanem japońskich produkcji, szczególnie animowanych. Na pewno, tego możecie być pewni, napiszę kiedyś coś całościowo poświęconego kulturze anime i wartości jaką niewątpliwie przedstawia. Tymczasem zaś, chcę się skupić na jednym tytule, jest to Solo Leveling. Nie jest to produkcja czysto japońska. Oryginał w postacie manhwy (koreański odpowiednik mangi), powstał bowiem w Korei Południowej i został napisany przez Chungong’a, zaś początkowo publikowany był za pośrednictwem platformy internetowej Kakao Page. Genezę powstania komiksu oraz opis poszczególnych bohaterów zostanie Wam odpuszczony. W tym tekście chciałbym szczegółowo skupić się na głównym bohaterze, Sung’u Jin-woo, oraz na wykreowanym na potrzebę produkcji świecie. Pod lupą znajdą się również głównie sceny z anime, choć postaram się nakreślić szerszy kontekst historii, możliwie bez większych spojlerów. To co, wkraczamy tam razem? Niech będzie na trzy. RAZ, DWA, TRZY! 🥰

 

Wyobraźcie to sobie moi Drodzy. Żyjecie sobie w spokoju, znanym Wam życiem. Świat funkcjonuje tak jak teraz. Może i niezbyt poprawnie, może i niezbyt stabilnie, jednak powtarzalnie, w kategorii rozumianych schematów. Żyjcie tu od urodzenia i nie spotkaliście dotąd na drodze nic, co mogłoby wywrócić ten względnie poukładany porządek i obrócić Wasze rozumowanie do góry nogami. Wszystko do dnia, kiedy pojawiają się ONE. Wielkie, pulsujące energią portale, materializujące się w losowych miejscach na Ziemi. Oprócz zakłóceń elektromagnetycznych występujących w ich obrębie, nie występują większe, anormalne zjawiska. Mimo niepokojącej prezencji i zaskakujących okoliczności, portale wydają się niegroźne, można swobodnie się do nich zbliżać, nie narażając się na uszczerbek na zdrowiu. Wszystko fajnie, prawda? Tylko skąd się pojawiły? Czemu teraz? Co kryje się w ich wnętrzu? Można pokrótce (nie wdając się w skomplikowaną sieć spojlerów) stwierdzić, że był to pewnego rodzaju Boski plan. Wydarzyły się bowiem jeszcze inne rzeczy. Losowi ludzie na całym świecie, zaczęli przebudzać w sobie magiczne moce i nadnaturalne zdolności. Bogowie dopasowali ich do ukształtowanej sytuacji, pozwalając im na zbliżenie się choć trochę do nich samych. 🥳

Z czasem niektóre portale, z tych które trwały od najdłuższego czasu, zaczęły wypluwać na powierzchnię świata ludzkiego, stwory nie z tej ziemi. Wielkie ptaszyska o zakrzywionych dziobach i ostrych jak sztylety pazurach, oślizgłe, wężopodobne stworzenia, humanoidalne potwory czy całkowicie abstrakcyjne, olbrzymie kreatury. Ludzie jak to ludzie, gdy minął pierwszy etap szoku i paniki, zerwali się do kontrofensywy. Jako władcy świata, nie mogli przecież pozwolić na jego przejęcie i spustoszenie… I wiecie co? Jakże wielki był ich zawód i zaskoczenie, gdy konwencjonalna broń, z pomocą której wybijano się przez lata i z której posiadania byli tak bardzo dumni, okazała się być niemal nic nie warta w starciu z obcymi napastnikami. Wszystko zakończyłoby się tragicznie, gdyby nie oni. Przebudzeni, znani później jako Łowcy. Ludzie Ci, odkryli, że dzięki swoim nowo nabytym darom, są w stanie przeciwstawić się potworom. Gdy zażegnano konflikty w naszym wymiarze, pozostało wypróbować jeszcze jedną rzecz. Obdarowani zdolnościami ludzie wiedzieli instynktownie co mają robić, jakby jakiś głos przemówił do nich wszystkich na raz, nadając sens ich czynom. Dzieląc się na grupy, zanurzali się w pulsujących plazmą portalach by przekonać się, że po ich drugiej stronie czekają na nich różnorakie lokacje wypełnione diabelskimi pomiotami. Po oczyszczeniu danej lokacji z sił zła i pokonaniu naczelnej, bytującej tam istoty (tak zwanego Bossa), portal wypuszczał łowców, po czym błyskawicznie zanikał. Wszystko co działo się w portalowym „lochu”, całe doświadczenie – przypominało grę RPG. Śmiertelną grę RPG. Zbieranie zasobów z poległych wrogów, kopanie występujących w lokacjach minerałów, otrzymywanie specjalnych nagród za zabicie Bossa oraz nabieranie doświadczenia w wykorzystywaniu swoich umiejętności. Ciekawa koncepcja na funkcjonowanie świata, nie sądzicie? 🤔

To wszystko jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Od pojawienia się pierwszych bram, świat ludzki zostaje wciągnięty w bitwę między dobrymi oraz złymi Bóstwami. Staje się stawką i nagrodą. Polem bitwy. Bardzo szybko powstaje międzynarodowe stowarzyszenie łowców, zrzeszające ich gildie (czyli mniejsze, zbite formacje). Później, jak to w życiu. Jedni w pojawieniu się bram i potworów dostrzegają niesamowite zagrożenie, inni niesamowity zysk. Nie od dziś wiadomo, że na niczym nie kosi się tak wielkich pieniędzy, jak na masowym, ludzkim nieszczęściu. Obrazowo pokazują to chociażby historie konfliktów zbrojnych. Cóż więc się dzieje? Powstaje bardzo dochodowy biznes. Sklepy z magicznymi artefaktami, masowe reaktywowanie placówek zajmujących się kowalstwem, fabryki przerabiają obce surowce na przedmioty zwykłego użytku w wersjach premium… Powstają stowarzyszenia zrzeszające ludzi, którzy zajmują się rezerwowaniem bram dla poszczególnych gildii, najmują się tragarze magicznego ekwipunku, pod ekspedycje podpinają się złodzieje i mordercy. Każdy chce wykorzystać okazję na zarobek. Wszyscy chcą czerpać korzyści z niekorzystnej sytuacji, choć tyle sobie ulżyć, zażegnać część niepokoju. Łowców odtąd klasyfikuje się rangami. Od najsłabszych, mających rangę E, do najsilniejszych, noszących rangę S. Warto wspomnieć, że moc łowcy określona jest odgórnie, nie może (poza rzadkimi przypadkami, zwanymi „Drugim Przebudzeniem”) on urosnąć w siłę. Jedyne czego nabiera z czasem to wprawy w używaniu swoich zdolności do walki. Takimi samymi rangami, oznaczone zostają też materializujące się bramy do innych wymiarów i stwory, które się w nich ukrywają. Zasada jest dosyć prosta, jeżeli brama ma rangę E, można zakładać, że wszystkie stworzenia w środku, prócz Bossa, mają również rangę E. Boss natomiast w tym przypadku nie powinien mieć większej rangi niż D… chociaż jest to nadzieja wyjątkowo ułudna, jak opowiem Wam później. Musicie mi wybaczyć, jeżeli nie zrozumiecie mechanizmów działania każdej jednej rzeczy. Gdybym miał szczegółowo opisywać historię i jej wszystkie akcenty i smaczki, prawdopodobnie tylko prawdziwi fani, byliby w stanie to przeczytać. Dość więc koncentrowania się na świecie przedstawionym.Na opis i analizę czeka bowiem nasz bohater, SungJin-woo. 😎

 

Naszego głównego bohatera poznajemy jako słabego, acz bardzo inteligentnego łowcę najniższej rangi. Posiada on młodszą siostrę i matkę, która w wyniku tajemniczej choroby (zgrywającej się w czasie z pojawieniem się portali) tkwi w śpiączce. Sung stara się jak może by zarobić na jedzenie, studia siostry i opiekę szpitalną dla swojej mamy. W świecie łowców, nasz bohater jest odwrotnością legendy. Wszyscy wydają się znać go, z powodu jego wyjątkowo niskich umiejętności. Zmienić ma się to, kiedy wraz z grupą znajomych towarzyszy, wyrusza w głąb portalu rangi D. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego w jego karierze, gdyby nie to, że podziemia, które kryły się w innym wymiarze, okazują się być tak zwanym „podwójnym lochem”. Podwójny loch to zjawisko, kiedy na jedną strefę międzywymiarową, nachodzi druga. Można więc rzec w tym konkretnie przypadku, że Sung wraz z innymi łowcami klasy C, D oraz B, trafił do portalu, który zawierał w sobie korytarz prowadzący do wymiaru klasy S, mimo posiadania ogólnej rangi D. Tragiczne wydarzenia, które rozgrywają się podczas uwięzienia grupy w lochu klasy specjalnej, skutkują śmiercią wielu osób, w tym ostatecznie, doprowadzają na jej skraj, także Sung Jin-woo… 🥹

Gdy uchodzi z niego ostatni oddech, Sung doznaje wizji. Tajemniczy system informuje go, że jego życie zaraz dobiegnie końca i czy w tym wypadku, nie chce przeżyć i zostać „graczem”. Bohater nie chce umierać, dostaje więc od systemu szansę na drugie przebudzenie, opierające się jednak na oryginalnych zasadach. Odtąd system towarzyszy Sungowi w każdej chwili. Dzięki jego instrukcjom i niezrozumiałemu działaniu, chłopak jest w stanie stale podnosić swój poziom (za który dostaje punkty, które można rozdzielać między statystyki takie jak żywotność, inteligencja, siła, zręczność i percepcja) umiejętności, nabywać mocy, zdobywać wyposażenie oraz wszelkiego rodzaju bonusy – i to wszystko wyłamując się ze schematów funkcjonowania świata, dotychczas nam przedstawionego. Dzięki opiece systemu, Sung bardzo szybko nabiera bojowego doświadczenia jak i fizycznej krzepy, większość nabytych punktów od systemu, przydziela do swojej siły. W związku z tym, jakie obiera poczynania i w jak szybkim tempie progresuje, jego fizjonomia zmienia się w znacznym stopniu. Staje się wyższy, dobrze umięśniony a jego rysy twarzy nabierają ostrości. 💪

W tym punkcie opowieści, Sung jest jeszcze mocno niepewny swoich nowych umiejętności. Cechuje go brak zaufania do swoich możliwości jak i obcego tworu, jakim jest system. Dopiero uczy się kontroli i obycia w nowej dla siebie sytuacji. Warto zauważyć jednak, że już na tym etapie, przekształceniu ulega jego osobowość. Narasta w nim ambicja i chęć eksperymentowania, której nigdy wcześniej nie przejawiał w takim stopniu. Potęguje się jego ciekawość do świata i uaktywnia potajemna chęć do tego by być szanowanym. Świadomość tego, że z pomocą tajemniczego panelu systemowego, niejako przeskakuje ograniczenia świata przedstawionego (jego poziom duchowej energii nadal pozostaje na poziomie rangi E, mimo przebytych zmian), daje mu nadzieję na osiągnięcie czegoś więcej i perspektywę na uzbieranie wystarczającej ilości pieniędzy, by móc wytworzyć lekarstwo dla swojej mamy. Od teraz, Sung stale się wzmacnia, nie tylko za pomocą treningów proponowanych mu przez system, ale także na własną rękę. Ukrywa jedynie fakt, że stał się o wiele silniejszy. Ukrywa go ze strachu, nie chce przyciągać uwagi innych i boi się, że zostanie niejako wykryty i prześwietlony, a co za tym idzie, straci szansę na szczęśliwe i spokojne życie ze swoją rodziną w komplecie. 🥺

Kolejna transformacja, która wpływa na Sunga w sposób bardzo wyrazisty i dramatyczny, eskaluje, gdy musi zabić on wrogich łowców. Zostaje do tego zmuszony przez system. Tajemniczy komunikat znów daje mu wybór… tym razem: zabij albo zatrzymam Twoje bicie serca. Możemy puryfikować się i raczyć pustymi przemyśleniami pozbawionymi faktycznej wartości, na temat tego, czy nasz bohater postąpił słusznie czy nie. Życie jest świętością, odbieranie go, jest czymś niewybaczalnym. Sam prywatnie uważam, że nawet za najcięższe zbrodnie przeciwko ludziom czy zwierzętom, nie mamy prawa być katami i odbierać cudzego życia. To droga łatwa i pozbawiona jakiejkolwiek wartości edukacyjnej. Jeżeli ktoś zasługuje na najwyższy wymiar kary, powinny być to przemyślane tortury, które w żadnym wypadku śmiercią się nie skończą, jak i nie pozostawią trwałego uszczerbku na zdrowiu psychicznym i fizycznym (tak by można było je co jakiś czas powtórzyć). Śmierć jest szybka, często bezbolesna, bezrefleksyjna. Za najcięższe przestępstwa powinno się płacić nie życiem a „duszą”. Wracając do Sunga po tej małej dygresji, nie możemy rozpatrywać jego czynu w kategoriach czarno-białych. Zabił by ratować siebie samego, gdyby mógł, pewnie oszczędziłby wrogów. Popełnione, wielokrotne morderstwo uczyniło go odtąd bardziej pragmatycznym, czujniejszym i oddalonym. Nie czuł się z tym dobrze, czemu nie wypada się dziwić. Uzyskał natomiast kolejne, ważne, życiowe doświadczenie – poczuł ciężar niemożliwych wyborów. Każdy kto zna ten ciężar, ten wie, że po prostu trzeba z nim żyć i ratować się myśleniem, że to co uczyniliśmy to była najlepsza z najgorszych decyzji. Od systemu, Sung dostał natomiast cenną nagrodę. Umiejętność zalania wroga rządzą krwi, tym samym przytłoczenia go swoją aurą do tego stopnia, by przez parę chwil stał się niezdolny do walki. 😅

Ostatnią ważną lekcję, którą dostał Jin-woo z tych, które mogę opowiedzieć nie wkraczając zbyt daleko w choćby te ogólnikowe spojlery, jest waga gniewu w słusznej sprawie i śmierć odzyskanych towarzyszy. Sung już wcześniej stracił towarzyszy, w czasie, zanim sam został przywrócony do życia przez system. Nie byli to jednak na tamten moment ludzie, do których żywił specjalnie życzliwe czy mocne uczucia. Ot łowcy, których znał z widzenia, nikt specjalnie dla niego istotny. Tym razem jednak było inaczej, ponieważ zginęli jego towarzysze, których już raz niemal stracił a co do których czuł całą gamę emocji - od złości, rozgoryczenia i pretensji, po sympatie, zrozumienie i życzliwość. Gdy w końcu rozprawił się ze źródłem zguby tych ludzi, coraz mocniej zaczęło do niego docierać kim się stał i jaki wciąż się staje. Świadomość mocy, chęć dążenia dalej i drążenia skały jako samotna kropla, wybuchła w nim całą gamę emocji, głównie tych negatywnych. Strata ludzi, których znał i których istotnie było mu żal, wpędziła go w jeszcze większą determinację zorientowaną na cel, jakim było stać się dostatecznie silnym by zdobyć recepturę i środki na lek dla matki. Nie wiedział jeszcze co prawda do jakiego stopnia zmienią go kolejne wydarzenia i gdzie zaprowadzi go droga, którą zmuszony był podążyć jako niewolnik i jednocześnie ulubieniec systemu. My też, tak jak Sung Jin-woo, często przemy do przodu wiedzeni przekonaniami i schematami, które narzuca nam odgórnie system (chociażby w postaci norm społecznych). Bardzo często mamy świadomość i dostajemy przeróżne przesłanki, że jeżeli nie będziemy posłuszni temu co nami steruje i wyłamiemy się z tego, staniemy się tym samym bezbronni i skończymy pewnie marnie. Nie wiemy jednak czy tak będzie w istocie, natomiast boimy się zaryzykować. Bo co się stanie, jeżeli odliczanie dobiegnie końca i nasze serce stanie na zawsze? 🫣

 

Trzymajcie się Kochani,

Wasz Tester Doświadczeń


czwartek, 27 czerwca 2024

Nauka to potęgi klucz...



 Cześć Czytelnicy! 💕

 

Na pewno słyszeliście o tym, że nauka to główny motor napędowy tego świata. Człowiek rozwija się całe życie, wciąż i wciąż nabierając doświadczeń. Część doświadczeń wynika z nauki czysto akademickiej, część z przekazu jaki kierują do nas inni, część z naszych osobistych przeżyć. 😅

Marzeniem każdego, świadomego i ambitnego człowieka jest uczyć się w sposób wysoce sukcesywny. Kto nie chciałby przyswajać informacji jak komputer? Zewsząd jesteśmy zalewani trickami i poradnikami, które w cudowny sposób mogą nas wspomóc w doskonaleni procesów zapamiętywania. Owszem, większość z nich przedstawia naprawdę solidne pomysły na pobudzenie swojego mózgu do pracy - mnemotechniki mają potwierdzoną skuteczność, nie oczekujmy jednak od nich Bóg wie czego, szczególnie w krótkim okresie czasu. Bardzo łatwo się zawieść, jeżeli nasze oczekiwania są zbyt wysokie, jak to w życiu. Im na mniej się nastawiamy odgórnie, tym bardziej cieszą nas nawet te małe i pozornie nieznaczące kroki. 😉

Nie o tym jednak chciałem mówić, pisząc ten tekst. Uznajcie to Kochani za małą dygresję. Moim tematem przewodnim dziś, będzie nauka poprzez doświadczanie, choć zaznaczę przy tym, że wiedza teoretyczna również jest bardzo ważna, przede wszystkim po to, by wiedzieć co właściwie się w około nas dzieje i jak to na nas wpływa. 😇

Już od maleńkości, wszyscy My, doświadczamy. Od prostych wrażeń sensorycznych, poprzez te złożone, zawierające w sobie emocje i konsekwencje. Bardzo często, a może i najczęściej, uczymy się na własnych błędach i to właśnie tą formę doświadczeń, uznaję za najbardziej wartościową. Zacznijmy od prostej definicji. Czym tak właściwie jest błąd, czym się charakteryzuje? Błąd jest niezgodnością, niewłaściwym posunięciem. Przyjmując takie założenie, jest więc pewnym rodzajem akcji a jednocześnie jej wynikiem, zawsze mającym jakieś konsekwencje. Wiedząc, że błąd jest niewłaściwym posunięciem, musimy pamiętać, że powinien mieć także swój kontekst i musi być odbierany z jasno określonym przekonaniem. 💣

Nauka na błędach, to najwspanialszy mechanizm przetrwania. Nasi rodzice bardzo często, w zasadzie od wczesnych lat, starają się narzucać na nas klosze ochronne. Niezmiennie ojcowie bądź matki mówią: „Nie popełnij moich błędów”, „Ucz się na moich błędach, żebyś nie musiał na swoich”. Dla mnie, takie podejście jest krzywdzące w stosunku do dzieci. Owszem, rodzice kochają swoje pociechy i próbują zrobić wszystko by te nie musiały przechodzić ich drogi, która wydawać się może z ich perspektywy ciężka. To oczywista potrzeba by próbować nakierować swoje latorośle na „właściwe” tory, oszczędzając im bólu, smutku i znoju, które normalnie stanęłyby na ich drodze do celu. Warto jednak Drodzy rodzice, pohamować się w tych zapędach. Ważniejsze jest pomaganie się podnieść niż prewencja w stosunku do samego upadku. Jeżeli wasze dziecko dostatecznie często nie upadnie, każdy upadek w wieku dorosłym, będzie o wiele cięższym doświadczeniem niż być powinno. Tak jak wspominałem w tekście na temat tatuaży, dzieci winny mieć bezpieczne środowisko by przeżywać emocje, także te trudne. Wsparcie rodziców powinno opierać się na rozmowach i analizach. Pozwalajmy ludziom popełniać błędy, nawet gdy mamy przekonanie, że niebawem będziemy musieli podnosić ich do pionu. Każda porażka, tak samo jak każdy sukces, wzmacnia i pozwala wyciągać wnioski. Owszem, istnieją wypadki, gdy potencjalne błędy mogą być zbyt wielkie by ot tak dopuścić kogoś do ich popełnienia, bez wcześniejszych prób interwencji. Są to jednak skrajne wypadki, gdy zagrożone jest zdrowie czy życie. Wszystkie inne rezultaty, godne są dania szansy na samodzielne podejmowanie decyzji. 😎

Żal, smutek i gniew towarzyszą często negatywnym aspektom podjętych decyzji. Pamiętajmy również, że życie i sytuacje w jakich uczestniczymy na co dzień, bardzo, ale to bardzo rzadko są czarno-białe. Zło i dobro w kontekście ludzkich działań i samej natury, przeważnie chodzą parami. Zły dla jednej jednostki uczynek, może być w pewnych warunkach bądź pod pewnymi względami dobry dla kogoś innego i na odwrót. Nauka tego co złe a tego co dobre, tak samo jak każda inna, zaczyna się już od wczesnych lat i to rodzice od początku przejmują odpowiedzialność za nauczanie w tym kierunku. Później i tak na wszystkie nauki i przekonania zaszczepione w młodym człowieku w domu rodzinnym, zostają nałożone kolejne, pochodzące od środowiska zewnętrznego. W ten sposób rozpoczyna się zazwyczaj walka między presją środowiskową a zakorzenionymi wartościami. Cały szereg przeróżnych czynników będzie odtąd wpływał na to, co ulegnie wzmocnieniu, co zaś osłabnie bądź zaniknie. ❤

Podsumowując. Istotnie jesteśmy sumą doświadczeń i przekonań. To zabawne, że jako dorośli wierzymy, że mamy całkowity wpływ na swoje życie, kiedy od dziecka jesteśmy już do pewnego stopnia zaprogramowani. Owszem, możemy wyłamywać się ze schematów, które nas ograniczają i przysłowiowo sięgać gwiazd. Nie jesteśmy jednak i nigdy nie będziemy w pełni wolni, jak bardzo byśmy nie chcieli, Kochani moi. Uczmy się żyć i pogłębiajmy swoją wiedzę każdego dnia, nie bojąc się porażek. 😍

Pozdrawiam i życzę miłego czasu!

Tester Doświadczeń


czwartek, 20 czerwca 2024

Głębia Psychozy



Słońce chyliło się ku zachodowi. Zacząłem marznąć… Nagi, poobijany, pocięty, z niesprawną i pulsującą tępym bólem stopą, leżałem przywiązany do drzewa. Nie wiedziałem po co miałem się rozebrać. Kiedy tylko to zrobiłem, oprawca nawet na mnie nie spojrzał, tylko zabrał pozostawione przeze mnie ubranie i udał się do swojej chaty. Nie zobaczyłem go przez całą noc. Dygotałem z zimna, nie mogłem zasnąć. Ból w stawach stawał się coraz bardziej dotkliwy, miałem również wrażenie, że puchnie mi cała noga… I nie było to tylko wrażenie, chyba wdało mi się zakażenie w stopę. Nie wiedziałem co robić… Kolory… one mnie pożerały i wypluwały a gałęzie cieszyły się z mojego nieszczęścia. Ten skurwysyn księżyc, chyba też. Schował się gdzieś, nie chciał popatrzeć mi w oczy… umył ręce. Chyba miałem gorączkę… chyba. Paliło, tylko kto dokładał drewna, że nie zgasło? Jestem zmęczony… i nastał ranek. Nie wiedziałem która jest godzina. Nie miałem zegarka, telefon został w spodniach. Miałem wrażenie, że całe moje ubranie i wszystkie rzeczy, zostały spalone minionej już nocy. Przestałem się łudzić, że ktoś mnie tu znajdzie. Nawet jeżeli moja mama zgłosi zaginięcie to minie parę dni. Prędzej uzna po prostu, że ją zignorowałem. Na zewnątrz zaś nie wyjdzie, nie ma więc nadziei, że zauważy mój rower. Powieki opadały mi ciężko, ale napięcie trzymało zmysły w żelaznych kleszczach. Wyczekiwałem tego co miało mnie spotkać, modląc się by nie było to nic straszniejszego niż już doznałem. Myliłem się. Drzwi od chatki uchyliły się skrzypiąc, mężczyzna w tych samych ubraniach co dzień wcześniej, przeciągnął się w progu leniwie i tanecznym krokiem podszedł do mnie.

- Dzieeeeeeeeń dobry Słoneczko! Jak się spało? Pełny energii by przeżyć kolejny, radosny dzień? – rzucił do mnie rozbawionym tonem. W jego głosie było coś, czego nie mogłem rozszyfrować, ale bałem się tego.

- Co… - nie zdążyłem zapytać a on ukląkł przy mnie i przyłożył mi palec do ust, szepcząc do mnie przesłodzonym tonem.

- Ciiii Skarbeńku… uznaj to za pytanie retoryczne. To oczywiste, że się wyspałeś i masz w sobie na tyle pogody ducha, że będziemy się dziś razem świetnie bawić.

Zmroziło mnie… z nieba spadły kryształki lodu, wkłuwając się w moją czaszkę, plecy i nogi… bolało, chciałem by przestało. Spojrzałem w górę, na twarz. Uśmiech potwora, szczęka pełna kłów… jak żarłacz biały… a w ocenie pustka i smutek i ciężar, jakby góra wlazła mi na barana… A ja sam jak baran, bez władzy, bez losu, bez nadziei. Przestało padać… a ja? Ja czekałem.

- Zaraz do Ciebie wrócę Maleńki… tylko nigdzie nie odchodź. Dobzie? – zaszczebiotał do mnie oprawca, wstając z kolan i znów znikając w chatce. Każda sekunda bez niego, dłużyła się jak wieczność. Wrócił, znów usłyszałem skrzekot drzwi. Mroczki zasnuły mi wzrok, serce podjechało pod samo gardło. Mężczyzna niósł w dłoni siekierę, w drugiej jakiś podejrzany, ciemnobrązowy kanister. W jednej chwili zapragnąłem umrzeć, cokolwiek miało się wydarzyć, miałem dość.

Prześladowca usiadł naprzeciwko mnie po turecku i puścił do mnie oczko.

- Wiesz? Zawsze lubiłem pacynki. Te cyrkowe takie – rozpoczął monolog, świdrując mnie przenikliwie tymi pustymi oczyma – Mamusia jak jeszcze żyła zabierała mnie do rynku na pokazy… Co roku takie były. Lubisz pacynki? – nie czekając na moją odpowiedź, kontynuował – To bardzo fajne zjawisko… każda historia, nawet ta mrożąca krew w żyłach, wydaje się zabawna i ciepła, kiedy tylko opowiada ją szmaciana laleczka.

Kończąc monolog wbił siekierę w ziemię, tuż obok mej opuchniętej, nasączonej ropą stopy. Czerwień zatańczyła mi przed oczyma. Spodziewałem się drugiego ciosu, jednak to co miałem otrzymać, było o wiele gorsze. Mężczyzna wyjął z kieszeni czarny, permanentny marker i wolnym ruchem zrzucił z niego zatyczkę, po czym chwycił moją nabrzmiałą stopę i ścisnął ją obiema dłońmi, przyciągając do siebie. Ropa trysnęła mu na ubrania, a ja odruchowo kopnąłem drugą nogą. Moja bosa stopa uderzyła go prosto w rozjaśnione uśmiechem usta. Nie wiedziałem, kiedy nadszedł cios. Coś twardego uderzyło mnie w policzek. Poczułem jak moje kości pękają a zęby wpadają mi głąb krtani. Metaliczny smak zalał moje kubki smakowe, a moje ciało, z siadu przeszło w stan leżakowania. W uszach dzwoniło mi niemiłosiernie, nie mogłem krzyczeć. Z moich ust dochodził już tylko chlupoczący jęko-warkot. To siekiera, uderzył mnie tępą stroną siekiery. Nie dało się oddychać, krew zalewała mi płuca. Mężczyzna niespiesznie podszedł do mnie i przewrócił mnie na bok, klepiąc mocno po plecach. Plułem i śliniłem się dobrych parę minut, nim byłem w stanie znów oddychać. Nie wiedziałem jak wyglądam, ale miałem świadomość, że moja szczęka zupełnie nie jest na swoim miejscu, czułem jak zwisa mi smętnie na ścięgnach. Z języka została mi krwawa galareta.

- Przepraszam Kotuś, ale kopnąłeś mnie, to był instynkt. Nie wolno kopać. – mężczyzna posadził mnie znów na dupie i oparł o drzewo, do którego byłem luźno przywiązany. Na jego twarzy malowała się konsternacja i autentyczne poczucie winy.

Nie czekał na moją reakcję, znowu sięgnął po moją rozczłonowaną stopę, zlepioną tylko przypalonym mięsem i okoloną nierównomiernym, zaropiałym skrzepem. Z całej siły zawalczyłem by nie powtórzyć swojego wyczynu sprzed chwili. W głowie kręciło mi się, miałem ochotę zwymiotować, ale żołądek tej ochoty nie podzielał. Nieznajomy uśmiechnął się, obserwując z uwagą to, jak wkładam wszelkie siły w to by się opanować, mimo dominującego bólu. Gdy ułożył moją stopę na swoich, wyciągniętych tym razem do przodu nogach, podniósł z ziemi, upuszczony wcześniej marker. Patrzyłem jak przez krwawą mgłę, jak kreśli coś nim po mojej obolałej stopie. Starałem się ujrzeć, co to było. Kiedy skończył, popatrzył się na nią czule i rzekł, patrząc się gdzieś między moje zasiniałe, zmasakrowane uderzeniem palce.

- Cześć, mam na imię Krzysiu. A Ty?

Czułem co zaraz nadejdzie, ale nie byłem na to przygotowany. Psychol zrobił z mojej stopy pacynkę. Chciałem krzyknąć, ale nie mogłem, plunąłem tylko na siebie krwią a piekło zaczęło płonąć… Jasno… Jak las… on też płonął, zielenią.

- Cześć, ja jestem Filip. Miło mi Cię poznać – odpowiedziała stópka, z uśmiechem rozwierając swoje krwiście czerwone usteczka w przezabawnym grymasie.

- Mi również miło Cię poznać Filipku… mogę tak mówić? – czerwień, czerń, fiolet.

- Oczywiście Krzysiuniuu! Pobawimy się? – zieleń, czerwień, żółć.

- Tak! Pobawmy się! Tylko w co? Jakieś pomysły Filipku? – brąz, czerwień, biel.

- O tak! Pograjmy w łapki! W łapki chcę! – szkarłat, seledyn, błękit.

- Może być i w łapki! Supcio Filipku! Jeej! Ja pierwszy, złap mnie jak potrafisz! – mężczyzna wydawał się podekscytowany. Znów rozwarł, tym razem jedną dłonią moją stopę, po czym włożył między nią swoją drugą dłoń. Nie umiem wyrazić jakie uczucia i jakie cierpienie targało całym mym ciałem, kiedy zabrał szybko dłoń i klasnął połówką mojej stopy o drugą połówkę. Samo plaśnięcie spowodowało, że zwymiotowałem ponownie żółcią, nie byłem w stanie myśleć, oddychać, być.

- Oj Filipku… za wolny jesteś. Szybko mnie nie złapiesz. – krew z ropą lały się z mojej stopy na jego nogi i dłonie. Kawałki mięsa smętnie powiewały z porannym wiatrem, kiedy co rusz łączył ją i rozwierał, śmiejąc się do rozpuku jak małe dziecko. Ból już nie było, to ja byłem bólem. Nagle ni z tego, ni z owego mężczyzna zaprzestał zabawy. Rzucił moją bezwładną, galaretowatą stopę na ziemię i wstał, otrzepując się. Nie mówiąc ani słowa, ruszył w kierunku chaty, na jego twarzy malowało się zacięte skupienie.

Wykrwawiałem się… byłem pełnością. Chciałem biec, na księżyc w słońcu. Wirowałem jak skarpeta w pralce. Mama często do mnie wołała, jak byłem nieco młodszy… wołała, że… że… i wtedy się uśmiechałem. Teraz też, ale inaczej… bo pełnią szkarłatu. Wykrwawiałem się a skurwysyn gdzieś poszedł. Zostawił mnie, porzucił jak… jak szmacianą kukiełkę i pewnie tylko tym dla niego byłem. Nie wiedziałem kiedy wróci, musiałem działać. Ostatkiem sił przyciągnąłem zdrową nogą kanister, który zostawił przy mnie mężczyzna. Może w nim znajduje się… co właściwie? Co mi to da? Nie porzuciłem jednak swojego planu. Oparłem kanister o łydkę zmasakrowanej nogi i drugą stopą starałem się odkręcić wieko, napierając na nie z całą mocą. Na szczęście nie było mocno zakręcone. Do moich nozdrzy dotarł gryzący i drażniący smród. W środku był jakiś kwas, nie potrafiłem stwierdzić jaki, nie znam się dobrze na chemii. Nie zdążyłem jednak zrobić nic. Drzwi z hukiem rozwarły się a mężczyzna wybiegł ze swojej chatki, pędząc prosto na mnie.

- Chcesz? Chcesz? Pimpuś chce zabawki? Dostanie! – mężczyzna wyrwał z między moich nóg kanister i polał moją kaleką nogę zawartością. Momentalnie moja skóra zaczęła płonąć a każdy nerw w moim organizmie płakał i skrzeczał z bólu. Skóra na nodze zaczęła wpierw się robić czerwona, później jakby automatycznie, poczęły ją pokrywać bąble, błyskawicznie przechodzące w otwarte rany. Moja noga zaczęła się marszczyć i łuszczyć, naskórek spłynął, nie było po nim śladu. Zaraz po nim, kwas zaczął wyjadać mięso. Zemdlałem.

Obudziłem się a w około była ciemność, bólu nie było. Czułem się w zasadzie śmiesznie.

- Jaką masz grupę krwi Misiaczku? – głos z ciemności był przyjazny i kojący.

- 0 RH+ - chciałem powiedzieć, kompletnie nie zwracając uwagi, że wyszło z tego coś na kształt „oehaphuu”.

- Dobrze Landrynko moja Słodka, proszę – o jak miło być szanowanym, pomyślałem, totalnie ogłupiony w tamtej chwili.

Poczułem jak w moje żyły wpompowywana jest krew. Czułem, jak wypełnia mnie, dodaje sił i wigoru. Chciało mi się śpiewać ze szczęścia i uścisnąć serdecznie ten głos z ciemności. To musi być taki miły człowiek… Światło zapaliło się znienacka a ja spojrzałem na swoją nogę.

- To moje? (hooje?) – zapytałem głupio.

Noga była skrawkiem poparzonego mięsa z widocznymi w nim ubytkami. Były one na tyle duże, że wyraźnie widziałem biel moich kości. Nie docierało do mnie co widzę.

- Czemu? (emuu?) – zapytałem, patrząc na siedzącego naprzeciw mnie mężczyznę.

- Oj Dziubasku, mówiłem już czemu. Bo MOGĘ. Nie podoba Ci się, już Ci pomogę.

Jegomość był w dobrym nastroju, gwiżdżąc jakąś wesołą melodyjkę, wstał i podszedł do drzwi, które znajdowały się tuż za nim. Wisiała na nich piła. Mrugnął do mnie okiem oglądając się za siebie, po czym z żelaznym narzędziem w dłoni, wrócił na krzesło usadowione naprzeciw mojego. Mimo skrajnego otępienia, dotarło do mnie co chce z nią zrobić. Nie mogłem jednak się poruszyć, kompletnie straciłem władzę w kończynach. Oprawca podniósł moją zmasakrowaną nogę i położył ją sobie na kolanie. Kompletnie nic nie poczułem, patrzyłem tylko z niedowierzaniem.

- Nie… Nie rób tego (ee… euurreego) – powiedziałem płaczliwym tonem.

Nieznajomy uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Czego? – zapytał, wżynając się piłą w moją kończynę, tuż powyżej kolana. Patrzyłem jak pozostałości moich miękkich tkanek ustępują pod ostrymi zębami piły. Mokre mlaskanie wypełniło moje uszy, po chwili zaś usłyszałem chrupot. Odczuwałem go całym sobą, moje ciało wibrowało bezboleśnie. W końcu kość ustąpiła z cichym trzaskiem, dziwiłem się przez chwilę, dlaczego nie krwawię, póki nie zauważyłem ciasno spiętych pasów na moim udzie, które zdążyło zsinieć.

- Przepraszam Filipku… nie chciałem. Zmusił mnie.

Mężczyzna pogładził rozczłonkowaną stopę mojej odciętej nogi, po czym odstawił ją za siebie, na starą, spróchniałą komodę.

- Idę się przejść… smutno mi się zrobiło. Jesteś złym człowiekiem. – oprawca popatrzył na mnie z nienawiścią, autentycznie zdruzgotany. Wstał potem, przetarł rękoma oczy (czyżby płakał?) po czym nie patrząc na mnie wyszedł. Wrócił jednak po minucie i podszedł do umywalki (ma tu wodę?). Widziałem jak wkładał do niej jakąś blaszkę.

- Kara. – powiedział z zacięciem i odkręcił delikatnie kurek. Woda zaczęła kapać w wolnych odstępach, miarowo, wydając cichy brzdęk podczas spadania na blaszkę. Mężczyzna patrzył się jeszcze chwilę z zamyśleniem w stronę umywalki, po czym znów nie zaszczycając mnie spojrzeniem, opuścił pomieszczenie, wychodząc gdzieś w las.

Kap… Kap… Kap… Kap… po dziesięciu minutach miałem dosyć, zacząłem odpływać… Kap… Kap… Kap… coraz głośniej. Mój mózg wariował… on… eksplozja nuklearna niszczy wszelkie życie? Prawda? Jednak karaluchy zawsze przetrwają, wiem, bo na biologii tak mówili… czerwień… kap… kap… i chciałbym kiedyś móc się wybrać na sanki, może z mamą? To jest… kap… kap… myśl. Uczyłem się wiązać węzły żeglarskie, to proste, chcesz zobaczyć? I raz… i dwa… i raz… i kap… a stracić wszystko jest tak prosto, a w zasadzie krzywo, nie ma prostych rzeczy, ani okrągłych… Ciekawe, dlaczego? W sumie to... kap... jak w kinie... Kap… kap… Lew, Czarownica i Stara Raszpla… wrota do niani? Kap… kap… DOŚĆ JUŻ TEGO! D…kap…O…kap…ś…kap…Ć. Kap.

Drzwi się otworzyły, wyrywając mnie z transu. Ubaw po pachy, gdyż ból zaczynał wracać.

- Jesteś złym człowiekiem! Nie sądziłem, że aż tak będziesz krzywdził… nie sądziłem, że aż tak! - oprawca zbliżał się do mnie powoli, krzycząc na mnie. Dla moich sponiewieranych przez kapanie wody uszu, jego pełen gniewu i rozpaczy głos, był melodyjny i dający wytchnienie. W jego dłoni mignął tasak, wszystkie lewe palce mojej dłoni, potoczyły się niemrawo po drewnianych belkach posadzki. Nagle jednak coś się zmieniło. Mimo powracającego bólu i kolejnej dawki szoku, zauważyłem to jak w zwolnionym tempie. Mój oprawca wybałuszył zapłakane oczy i momentalnie zsiniał, robiąc się fioletowo czerwony. Widziałem jak kurczowo chwyta się za serce, wypuszczając tasak z dłoni tuż pod moją nogę. Nieznajomy psychopata próbował łapczywie chwytać powietrze, po czym osunął się na kolana, by później upaść twarzą do podłogi i znieruchomieć. Kap… kap… Nie wiedziałem czy to krew z moich palców czy cieknący kran… Kap… kap… Nie, przecież byłem wolny, nie zaznam już krzywdy, mój oprawca nie żyje. Widzę jego zesztywniałe ciało na deskach, nie rusza się. Czucie całkowicie powróciło, oślepiając mnie… odbierając resztki sił a później świadomość. Gdy się obudziłem, moje położenie się nie zmieniło… Byłem obolały, wymęczony, wygłodzony, spragniony i na granicy wytrzymałości… W zasadzie miałem wrażenie, że już coś we mnie nieodwracalnie zaszło. Jakaś gruntowna zmiana, czułem jakbym gubił się w gęstych oparach, we mgle. Starałem się wyswobodzić z więzów… a one jak węże, oplatały mą duszę, dłonie i serce… i pełzały… wolno, oślizgłe… wślizgując się w głąb mojego gardła, wypływając z moich oczu… wiercąc się w trzewiach. Bałem się, że spadnę… szurubur, szurubur… szuru kap, kap, kap. Węże, ich jadowite kły na moich dłoniach… długie jak ciąg zdarzeń… krótkie jak chwila, jak moment, jak sekunda. Szurubur, kap, szurubur, kap… trzask.

Moje ręce były wolne, gdyby nie kroplówka i aparat do przetaczania krwi, byłbym dawno martwy, wiem to. Nie wyjąłem wenflonów z żył, intensywnie myślałem co mogę zrobić... Kap…kap… Woda, wyłączyć cholerną wodę. Chciałem wstać, zapominając, że nie posiadam jednej z nóg - runąłem na trupa mojego gnębiciela. Kroplówka wywróciła się, na szczęście aparat przetaczający krew, wciąż pompował. Skąd tu taka aparatura? Kim był ten typ? Ne wiedziałem… kap… kap… tylko woda... Życiodajna woda, choćby łyczek… Jeden, malutki… chciałem tak bardzo chciałem… jak wtedy nad oceanem albo jeszcze bardziej… i by mnie ktoś przytulił. Nim opadnie kurz i zacznie grać muzyka. Wydaje mi się, że jestem jedyny… sam. Pośród tysięcy rozmokłych, rozdętych trupów. A szyderczy śmiech robi hihihi… albo… albo… kap. WODA!

Doczołgałem się do umywalki i zacząłem w nią uderzać pięścią… tylko okaleczoną. Kosztowało mnie to ponowną utratę przytomności. Było chłodno, gdy się przebudziłem… całym moim ciałem wstrząsały dzikie dreszcze. Nie miałem czasu… Czasu? Ile czasu? Woda kapała a ja poczołgałem się w kąt spróchniałej komody. Otworzyłem dolne szuflady… był tam papier… i ołówki… tyle drewna… zemdlałem… jak długa jest ta rurka, że nadal pompuje krew… ile zostało krwi? Zemdlałem. Technologia była zdumiewająca. Skąd…? Usiadłem… kap… kap… i zacząłem pisać. Chyba… a może to się… kap… nie wydarzyło? A więc… więc…

Piszę to, zmęczony do granic. A może bez granic… chyba pisało się, że bezgranicznie zmęczony… Tak. Wycieńczony, wyciśnięty niczym ostatnia kropla wody z bukłaka po środku pustyni. Wysuszony niczym figi grzejące się w pełnym słońcu od długiego, długiego czasu. Wyleniały, niczym najstarszy reprezentant psiego gatunku. Wyniszczony, niczym miasto po wybuchu bomby protonowej. Oniemiały, jak ktoś kto ujrzał przed chwilą ducha. Sparaliżowany, jakbym obudził się w złym momencie. Zdesperowany, jakby to była ostatnia godzina mojego życia… i być może tak właśnie jest. Jest? Umrę. Za godzinę, za dzień, za tydzień, za miesiąc, za… Nie, za miesiąc nie będzie mnie na pewno. To najdłuższy czas jaki mi pozostał… czas czasów… tylko wpierw… wpierw muszę skończyć. Pisać. Od początku.


 

czwartek, 13 czerwca 2024

W cieniu ukryci...

 




Cześć Czytelnicy! 💕

 

W tym tygodniu chciałbym przedstawić Wam dosyć ciekawy temat. Jako człowiek od długiego czasu zafascynowany japońską kulturą i zwyczajami, chcę podzielić się z Wami wiedzą na temat starożytnych agentów, jakimi byli ninja. Mało profesji obrosło z biegiem lat w tak wielką legendę i dorobiło się tak wielu niestworzonych historii. Dlaczego akurat ninja dostąpili takiego zaszczytu? Na to pytanie ewidentnie powinniście znaleźć tu odpowiedź. Zaczynajmy podróż w przeszłość. 😃

Kim byli ninja? Ninja byli najemnikami i agentami panów ziemskich, w tym także naczelnych władców. Ich siła, poniekąd wywodzi się z biedoty. Z początku ninja byli zbójnikami, zbieraniną niezbyt dobrze wykształconych ludzi, którzy musieli bronić swoich skąpych majątków i którzy rabowali majątki innych. Ludność, od której wywodzą się shinobi, zamieszkiwała zazwyczaj górskie stoki, z dala od centralnych osad. Stopniowo bandy zbójnickie z tych biednych wiosek na uboczu, nabierały wojskowego doświadczenia i stawały się jawnie wykorzystywane przez przeróżnych daimo, ze względu na wypracowanie często pozbawionych honoru metod działania. Sztukę, którą wyrobili sobie na przestrzeni lat Ci początkowo niezbyt zorganizowani i nieokrzesani wojacy, nazwano ninjutsu. 💣

 Ninjutsu, jako system postepowania, nie tylko walki, stanowił niemal zupełną odwrotność bushidō, którego ścieżką kroczyli samurajowie. Bushidō to otwartość, honor, prawość, lojalność, prawda, uprzejmość i współczucie. Ninjutsu to skrytość, podstęp, zdrada, kłamstwo, manipulacje i wyrachowanie. Samo szkolenie ninja było wyczerpujące i wymagające często większej dyscypliny i poświęceń, niż ich prawych odpowiedników – samurajów. Trenowali oni skrycie i nie dzielili się swoją wiedzą, zazdrośnie strzegąc tajników swojej sztuki. Mawiano, że gdzie samuraj nie może, tam ninja pójdzie. Była to prawda. Władcy i pomniejsi panowie często zawierali umowy z ninja, dając im zadania, którymi nie mógł splamić się szanujący swój honor samuraj. Infiltracje, trucie, skrytobójstwa, dywersje i kradzieże. To była główna domena wojowników cienia. Niektórzy shinobi za wykonywane zlecenia, dostępowali zaszczytu bycia mianowanym samurajem niższej rangi. Nigdy jednak nie byli traktowani z należytym szacunkiem. Działania tych wyjątkowych agentów specjalnych trwały od wczesnego okresu Kamakura do późnego okresu Edo, może i nawet dłużej. 👺

W czym wyszkoleni byli ninja? Shinobi nauczano sztuk wszelakich. Od prostych sztuczek mających wprowadzać dystrakcje przeciwnika, do tajników alchemii. Ninja szkoleni byli w walce wręcz, bronią białą, ale także bronią miotaną oraz palną (w późniejszym okresie). Dzięki kompleksowemu szkoleniu, wojownicy cienia stali się jedną z najbardziej elitarnych i wszechstronnych grup dawnej Japonii. Posiedli oni sztukę kamuflażu, kuglarstwa, walki, ważenia mikstur i produkcji lekarstw, użycia prochu, technik skrytobójczych jak i wiele innych, przydatnych umiejętności. Jak ubierali się ninja? Zazwyczaj były to standardowe wieśniackie szaty, pod którymi krył się lekki, skórzany pancerz. Popkulturowy obraz ninja w czarnej jak noc szacie i masce z wycięciem na oczy, można śmiało włożyć między bajki. Nie jest wykluczone, że w czasie nocnych eskapad, kamuflaż zmuszał ninja do ciemnego ubioru, nie była to jednak codzienność ani nic, co byłoby ich znakiem rozpoznawczym. Strój odpowiadał raczej charakterowi wykonywanego zadania. Jeżeli z czymś można bezpośrednio połączyć dawnych shinobi, jest to ich charakterystyczna broń miotana – shuriken. Nie zawsze były to jednak rzutki w kształcie czteroramiennej gwiazdy, gdyż shurikenów rozróżniamy około 20 rodzajów. Nie rzadko używano ich w kompozycji z trucizną. Raz draśniętego wroga, nie trzeba było gonić w razie dezercji. 😎

Jak wspomniałem już wcześniej, wojownicy nocy, byli doskonale wyszkoleni we władaniu bronią białą. Do głównych i najpopularniejszych narzędzi walki należały ashiko (szpony, służące również do wspinaczki), katana, bo (długi, prosty kij), kunai, kyoketsu-shōge (lina z pętlą, zakończona ostrzami), ninja-to (krótki miecz), tessen (ostry wachlarz), tanto (sztylet) i oczywiście wszelkiego rodzaju broń miotana. Ninja bardzo rzadko stawali z przeciwnikiem do otwartej walki. Preferowali walkę w ciasnych pomieszczeniach, w zamieszaniu bądź nocą. Wszystko nie dlatego, że nie byliby w stanie wygrać z lepiej uzbrojonym przeciwnikiem, lecz dlatego, że cenili swoje życia ponad honor. Skoro istnieje sposób do łatwego pozbycia się przeciwnika, wykorzystywano go, choćby wbrew kodeksowi moralnemu czy panującym zasadom. Przy czym warto wspomnieć, że ninja dla swojego zakonu, podobnie jak samuraj, zrobiłby wszystko. Jeżeli misja była samobójcza, trzeba było ją wykonać. ✌

Istnieje bardzo niewiele wiarygodnych źródeł, z których czerpać można informacje na temat tej wyjątkowej organizacji. Dlatego też, ninja stali się postaciami niemal mitycznymi, obrośli w legendę i przypisywano im posiadanie nadludzkich zdolności. Dbali oni o swoją prywatność tak zapalczywie, że nie sposób dotrzeć do jakichkolwiek faktów, które pozbawione by były otoczki domysłów. Największą tajemnicą owiane jest samo szkolenie ninja, można zaś przypuszczać, że było ono podobne do szkolenia dawnych mnichów shaolin. Ninja od małego poddawani byli katorżniczym treningom, które zagrażały ich życiu. Wyczerpujący wysiłek siłowy w postaci dźwigania ciężarów, treningi wydolnościowe opierające się w głównej mierze na bieganiu i wspinaniu się po ciężkim terenie czy hartowanie wobec niskich i wysokich temperatur. Z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić można też, że organizmy szkolących się ludzi narażone były na regularne kontakty z truciznami oraz bólem fizycznym. Wszystko po to by stworzyć wojowników, którym nie straszne będzie żadne wyzwanie i którzy nie polegną od przypadkowego użycia na sobie własnej broni. 😅

 Istniały trzy formy wtajemniczenia, służące jednocześnie za stopnie wojskowe shinobi. Byli to kolejno genin (niskiej klasy wojownik), chunin (weteran) i jonin (mistrz). Każda z tych trzech klas, miała odrębne zadania. Genini byli mięsem armatnim i wspomaganiem dla chuninów. Chunini działali w większości samodzielnie, wykonywali strategie i plany joninów, ponad to szkolili geninów. Jonini zaś, roztaczali opiekę nad całymi klanami, tworzyli plany działania i zajmowali się szkoleniem elit. 😈

Myślę, że teraz łatwiej będzie Wam zrozumieć moi Drodzy Czytelnicy, dlaczego zawód jakim kiedyś był ninja, tak mocno wbił się szponami w dziedzictwo kulturowe i nie puszcza aż do dziś. Na koniec polecić mogę parę pozycji, które w kontekście shinobi, warto sprawdzić. 👾


1.    Ninja Kamui – Nowe anime. Pięknie narysowane, krwawe i dobrze prowadzone. Wartka akcja i świetne sceny walki. Minusem może być tu futurystyczna otoczka, ale jak wiecie, jestem fanem – mi nie przeszkadza. 💕

2.    Ninja/Ninja II (2009/2014) – całkiem dobry akcyjniak ze Scottem Adkinsem w roli głównej. Brak nadprzyrodzonych (poniekąd) umiejętności pokazanych w filmie jest mocno na plus. 💞

3.    Śmiertelny Pojedynek (1983) – Ninja kontra mistrzowie Kung-fu? Solidna dawka śmiertelnie poważnego kiczu? Nie wiem jak Wy, ja jestem za! 💕

4.    Ninja Gaiden: Master Collection – Trzy gry od Team Ninja w zremasterwanej oprawie. Must play dla fanów wojowników cienia. 💕

5.    The Messenger –Przyjemna retro gra o ninja z gatunku metroidvanii mieszanej z platformówką. Ma wiele cudownych smaczków, naprawdę fajna pozycja mimo retro toporności w gameplay’u. 💕

6.    Opowieści Rodu Otori – cykl książek, które szczerze uwielbiam. Może i nie bezpośrednio o ninja, natomiast można dostrzec elementy wzorowania się na nich w kreacji niektórych postaci. Miłość, wojny, spiski, wschodnie mądrości – czyta się świetnie. 💞

 

To na tyle Kochani. Miłego dnia!

Tester Doświadczeń

czwartek, 6 czerwca 2024

Serce Psychozy

 



Serce Psychozy

 

Pamiętam, wszystko pamiętam. Tylko czemu nie było mi dane przypomnieć sobie zdarzeń wtedy, kiedy zasiadałem do pisania tych słów? Nie jestem w stanie opowiedzieć. Powróćmy jednak do sedna… Czuję rosnące we mnie napięcie i wzburzone fale, które próbują zalać mój mózg i utopić go w odmętach głębin, już na zawsze. Póki jeszcze mam siłę by opierać się im i wrota do moich wspomnień pozostają otwarte, spróbuję spisać wydarzenia, które mnie spotkały. Zacznijmy jeszcze raz. Było coraz zimniej... Moja matka mieszka na obrzeżach lasu. To stara, schorowana kobieta, nikt nie narąbie jej drewna na opał, więc zwyczajowo skazana była na moją pomoc. Od dawna to robię. Kiedy dzwoni do mnie, przyjeżdżam i pomagam, taka jest rola dobrego syna. Mama zawsze to powtarza i akurat te słowa mają poparcie w rzeczywistości. Z wiekiem zaczęła być coraz bardziej zrzędliwa i wulgarna, zresztą nigdy za miła nie była. Gdy przyjechałem do niej rowerem, nie zapukałem nawet do jej drzwi. Wziąłem siekierę zza sterty staroci na ganku i ruszyłem w las, chciałem mieć robotę z głowy, mam też własne życie. Las wydawał mi się niespokojny. Nie ukrywam, zawsze byłem dość lękliwym i przesądnym człowiekiem, samotna wyprawa w gąszcz, nie należała do moich ulubionych czynności. Początkowe liściaste drzewa, stopniowo ustępowały tym iglastym a ja musiałem być coraz bardziej ostrożny by nie rozedrzeć ubrań, drzewa były tu osadzone bardzo blisko siebie. To tutaj je zawsze ścinałem. Było ich na tyle dużo, że nie czułem się źle z tym co robię. Poza tym na tej głębokości lasu, raczej nikt by mnie nie usłyszał. Strasznie obcierał mnie but, chyba zaczęła mi krwawić stopa. Wcześniej jeszcze, przy przedzieraniu się przez suche i ostre gałązki iglaków, poraniłem sobie dłoń. Nie jakoś mocno, ale krwawy ślad na niej pozostał. Byłem już gotowy do ścinki, kiedy usłyszałem za sobą trzask suchych gałęzi, bardzo głośny, rytmiczny, zbliżający się. Nim odwróciłem się, już był przy mnie. Kopnął mnie z całych sił w jądra aż uklęknąłem, poczułem, że mimowolnie oddaję mocz. Uderzenie było tak silne, że nie mogłem nawet krzyknąć. Czułem jakby ktoś trzymał mnie palcami od wewnątrz za krtań, z jąder zaś do podbrzusza i aż po same płuca, rozlewał się palący żar. Klęczałem tak, a mroczki przed oczyma tańczyły kankana. Poczułem, że mój oprawca związuje mi ręce, ale nie za plecami.

- Wstawaj gwiazdeczko…zabawimy się, już niedługo.

Pociągnięcie liny mnie otrzeźwiło, popatrzyłem na dłonie związane przed sobą, musiałem chyba przy upadku przeciągnąć zranioną dłonią po czymś ostrym, krwawiła bowiem już nie na żarty. Chciałem zapytać kim jest, ale nie miałem siły, czułem się rozszarpywany od wewnątrz, w głowie zaś miałem totalną pustkę.

- Wstawaj, bo Cię zabiję, tu i teraz.

Głos nie znał sprzeciwu, wstałem więc i podążyłem za nim. Mój oprawca miał na oko metr i osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, widziałem tylko jego plecy… odwłok… plecy. Chryste. To były plecy, obleczone w czarną, skórzaną kurtkę. Na plecach zaś nosił plecak wspinaczkowy, na oko wypchany po brzegi. Po jakimś czasie jak wędrowaliśmy w milczeniu zorientowałem się, że zgubiłem buta… zdjąłem drugiego szybkim ruchem stopy, zawsze to jakaś poszlaka… łudziłem się, że ktoś będzie mnie szukać. Bardzo szybko moje stopy zaczęły krwawić, ale to było nawet przyjemne. Z jakiegoś powodu nie odczuwałem bólu, wyłączyłem się. 

- Szybciej kurwa.

To były jedyne słowa, którymi od czasu do czasu raczył mnie ten człowiek… czy może raczej bestia, ale wtedy jeszcze nie byłem świadomy. Nie wiedziałem do czego jest zdolny.

W końcu dotarliśmy. Moim zmęczonym oczom ukazała się leśniczówka umiejscowiona między czterema drzewami. A przynajmniej wyglądała jak leśniczówka, gdyż jak pomyślałem sobie, to byłoby bez sensu stawiać ją w takim miejscu. Mój oprawca obrócił się w moją stronę, w dłoni trzymał moją siekierę. Nie był ani młody, ani stary, dałbym mu góra czterdzieści lat. Mogłem się jednak pomylić, rysy twarzy bowiem skrywał pod niechlujnym, szorstkim, rudawym zarostem. Oczy miał rozbiegane i ciemne, wydawało mi się jakbym patrzył w dwie bezdenne studnie. Włosy miał długie, nierówno przycięte. Na ulicy można by było go wziąć za niezbyt przyjaznego w obyciu bezdomnego. No może gdyby nie ta skórzana kurtka.

- Rozbieraj się.

Usłyszałem polecenie.  Nie wykonałem, stałem nieporuszony jak głaz, totalnie nie zdając sobie sprawy ze znaczenia słów, które wypowiedział.

- No dobra… to może teraz?

Siekiera mignęła w jego dłoniach, gdy zamachnął się nią i rzucił w moją stronę. Nie byłem w stanie zrobić uniku, byłem nawet przekonany, że nie celował we mnie. Usłyszałem głuche uderzenie i plusk, jakbym wdepnął przed chwilą w okazałe, psie gówno. Tylko to nie było gówno, siekiera rozczłonkowała moją lewą stopę na pół, wbijając się głęboko w ziemię. Gdy dotarło do mnie co się stało, nadszedł i ból. Eksplozywny, rwący, niemal nie do zniesienia. Wydarłem się dziko i cofając się do tyłu, upadłem na plecy, nie spuszczając stopy z oczu. Wiła się i falowała, bezradna i miękka jak galaretka, znacząc wszystko w około czerwienią sikającej z niej krwi.

- Zaraz Ci to opatrzę Gwiazdeczko. Już dobrze… tylko nie ignoruj mnie więcej.

Mężczyzna zniknął w chatce po tych słowach. Zerwałem się mimo bólu do ucieczki, jednak po jednym kroku runąłem tym razem na twarz, wyjąc i skomląc w niebogłosy. Miałem ochotę zemdleć, jednak ciemność nie nadchodziła. Zacząłem jak rozwydrzone dziecko tłuc pięściami o ziemię z bezsilności i paraliżującego bólu.

- Już jestem Słoneczko. Nie wierć się. Ostrzegam, jeżeli mnie kopniesz, zrobię to samo z Twoją drugą stópeczką. Chcesz jeszcze kiedyś pójść na lody, prawda?

Głos mężczyzny był słodki i jadowity. Nie dawał też pola do manewru, wiedziałem, że muszę słuchać. Obróciłem się na plecy a on przykucną przy moich nogach. W ręce miał butelkę z alkoholem, naręcze szmat, pogrzebacz i… ognisty oddech… palnik. Palnik miał. PALNIK! Zacisnąłem zęby, ale gdy tylko złapał moją stopę, polał ją suto alkoholem i złączył szybkim ruchem w jedną całość, zemdlałem. Z ciemności wyrwał mnie tak intensywny ból, iż poczułem, że nie może być już nic gorszego. Rozrzażony do czerwoności pogrzebacz właśnie spawał moją stopę. Krzyczałem i mdlałem na przemian. Gdy było po wszystkim, mężczyzna nasączył mocno alkoholem szmaty, po czym owinął nimi ciasno to co z niej zostało. Ból znowu mnie oślepił, ale tylko na moment… później coś się stało i przestałem czuć cokolwiek. Chciałem by tak pozostało już na zawsze, jednak stan otępienia potrwał, póki nie wyrwał mnie z niego delikatny głos oprawcy.

- No to co Skarbie? Rozbierasz się czy Ci pomóc?

- Czemu… czemu mi to robisz? – zapytałem na wpół przytomny, ochrypłym od krzyku głosem.

- Bo mogę Dziecinko… Bo mogę.

Przeszedł mnie dreszcz wywodzący się z prostoty i okrucieństwa tego stwierdzenia. Nie oponowałem, zacząłem się rozbierać.

Droga do s..........

  Witam moi Drodzy! Dzisiaj chcę poruszyć dość smutny i ciężki temat, jakim jest samobójstwo. Na pewno nie powiem przy tej okazji niczego,...