Witam moi Drodzy!
Dzisiaj chcę poruszyć dość smutny i ciężki temat, jakim
jest samobójstwo. Na pewno nie powiem przy tej okazji niczego, co nie zostało
już powiedziane, natomiast nadal mogę wyrazić swoje poglądy, perspektywy i
wpleść w to wszystko historie, w jakich miałem udział.
Życie to największy możliwy dar, lecz pod pewnymi względami również,
największe możliwe przekleństwo. Przychodzimy na świat, który jest brudny,
zepsuty, pełen chorób, trosk. Świat zniewolony przez system, który sami
stworzyliśmy. Świat, w którym bardzo ciężko jest zbudować coś stałego,
natomiast bardzo łatwo spaść w dół, nawet przy okazji zupełnie błahych
sytuacji, które urastają czasem do rangi nierozwiązywalnych problemów.
Właśnie dlatego, choć uważam, że samobójstwo jest największą formą
poddaństwa wobec świata, jestem jednocześnie w stanie taką decyzję do pewnego
stopnia zrozumieć. Czasem nawet, rozumiem ją całkowicie, są to jednak wypadki
na tyle skrajne, że stanowią może z 1% ogólnych przypadków. Mowa tu oczywiście
o ludziach całkowicie niezdolnych do kontroli swojego życia, takich, którzy
cierpią katusze nie mogąc nic z tym zrobić, bez szans na poprawę swojego stanu.
Zdecydowana większość ludzi, popełnia jednak samobójstwo w impulsie, bądź z
powodu głębokiej depresji, którą przecież można z powodzeniem leczyć. Sam byłem
w depresji ponarkotykowej, więc mam mniej więcej pojęcie na temat tego, jak
silnie potrafi ona demotywować do życia i jak ciężko rozpoczyna się każdy
kolejny dzień… Do teraz te stany potrafią do mnie wracać. Nie umiem jednak
wyobrazić sobie stanu, który spowodowałby u mnie faktyczną chęć do odebrania
sobie życia. Owszem, często powtarzałem sobie to, jak bardzo chciałbym umrzeć i
jak wiele by to zrobiło dobrego i jakby to było móc nie cierpieć wreszcie, oraz
mieć za sobą wszelkie trudności. Jednak od myśli do czynu, jest bardzo daleka
droga. Nigdy nawet nie zamierzyłem się na czynność, która mogłaby doprowadzić
do utraty życia, a przynajmniej nie bezpośrednio.
Moja narkotykowa krucjata, bowiem bardzo długo ciągnęła mnie w dół, a w
mojej głowie nie było jasnych hamulców. Zawsze stwierdzałem, że i tak zdechnę
kiedyś, więc jak zrobię to szybciej to nic wielkiego się nie stanie – zasługuję
na to. Taka powolna droga do zatracenia, to jedyne, co akceptowałem w temacie
samobójstwa, zresztą nie było to do końca uświadomione. Takie myśli pojawiały
się zazwyczaj, kiedy przesadziłem z ilością przyjętych środków, w innych
wypadkach zawsze chciałem żyć.
Mój przyjaciel powiesił się w czasach policealnych, nagromadzające się
problemy zdrowotne, psychiczne i w relacjach - przy okazji niespodzianek
życiowych – zmusiły go do tego. Pijany i naćpany zawisnął na drzewie. Nigdy mu
tego nie wybaczyłem do końca, nie było to dla mnie do zrozumienia. Wystarczyło
uwolnić się od narkotyków, alkoholu i toksycznych osób – i mógł z powodzeniem
prowadzić nowe, lepsze życie. Smutne, że wybrał sobie taki koniec.
Inny przypadek to dziewczyna, poznana zupełnie przypadkiem, w parku.
Zapłakana, zapuchnięta, w poczuciu beznadziei. Od rozmowy do rozmowy,
dowiedziałem się, że była ofiarą gwałtu w dalszej rodzinie, do tego jej
bliskich dręczył problem alkoholizmu. Ona sama oddała się wielokrotnie
chłopakom na imprezie, którzy również ją gwałcili, bowiem nie była do
końca świadoma tego, co robiła - wszystko przez upojenie alkoholowe i narkotyki. Wstyd, pustka, gniew, rozpacz i poczucie
niesprawiedliwości odbierały jej energię każdego dnia. Dwa razy próbowała się
zabić, za trzecim razem sam powstrzymałem ją podczas rozmowy na Skype. Udało mi
się wyprowadzić ją na prostą z pomocą zwykłych, życzliwych i szczerych rozmów,
oraz okazjonalnych spotkań. Czasem zdarzało mi się także do niej krzyczeć… co
bardzo istotne, bo nie krzyczałem na nią. Krzyczałem do niej. Namówiłem ją by
regularnie dzwoniła na telefony zaufania, by poszła na terapię. W końcu
wyprowadziła się z miasta – nie mam z
nią kontaktu, ale wiem, że żyje. Szczerze powiedziawszy, nie wiem czy udałoby mi się, gdybym sam nie zmagał się w tym czasie z licznymi problemami, w tym z uzależnieniem od narkotyków. O wiele łatwiej wpłynąć na osobę, jeżeli jest się w jej "bańce".
Bardzo łatwo jest przekreślić swoje życie, jeżeli tylko okoliczności temu
sprzyjają. Bardzo łatwo odrzucać pomoc, nie chcąc się mierzyć z tym, co nas
boli. Potrzeba bardzo wiele siły, żeby móc stawić czoła swoim demonom, zaś
jeszcze więcej, by z nimi wygrać. Natomiast warto pamiętać, że choćbyśmy byli
najbardziej samotnymi ludźmi na ziemi, tak naprawdę nigdy nie musimy być sami.
Są organizacje i specjaliści, którzy zawsze wyciągną do nas pomocną dłoń, gdy
tylko będziemy w kryzysie. Nie warto też szybko się zniechęcać, jeżeli
początkowe efekty nie sprostają naszym wymaganiom – do wszystkiego potrzeba
czasu, nic nie dzieje się także samo, we wszystko trzeba wkładać siebie.
Tak czy inaczej, warto. Bo choć świat ogólnikowo nie jest wesołym i
przyjaznym miejscem, to nadal jest w nim od groma piękna, z którego dużą część,
kreujemy sobie sami z pomocą naszych czynów i tych, którymi się co dzień
otaczamy.
Pozdrawiam Was Kochani.
Tester Doświadczeń.








.jpeg)
.jpeg)