wtorek, 25 marca 2025

Zemsta najlepiej smakuje na zimno.

 



 

Pamiętacie Kochani moi pradawne chińskie przysłowie z filmu Quentina Tarantino, które tak naprawdę nigdy nie zostało wypowiedziane? Tak naprawdę jest to parafraza słynnego cytatu z książki Mario Puzo, czyli „Ojca Chrzestnego”. Oryginał brzmi: Zemsta to potrawa, która smakuje najlepiej, kiedy jest zimna.

Zastanówmy się wspólnie, czy w słowach tych jest prawda? Jeżeli tak, to jakie mechanizmy powodują, że tak się dzieje? No, ale od początku.

Zemsta jest aktem poukładanej agresji, powodowanym urazą bądź innym rodzajem krzywdy, która godzi w nas w sposób na tyle ciężki, że pozostajemy pod silnym wpływem emocji przez dłuższy czas. Niekiedy emocje te gasną i przeradzają się w coś, z czym można żyć, co można rozładować w sposób konstruktywny. Czasem jednak dzieje się tak, że zakorzenione w nas negatywne emocje, urastają do rangi pewnego rodzaju personifikacji gniewu, gniewu, który musimy oddać w tym samym kierunku, z którego pochodzi.

Tak rodzi się w nas pragnienie zemsty, czyli chęci odbicia wyrządzonych nam krzywd w kierunku napastnika. Wtedy nie chodzi już o sprawiedliwość, wyższe ideały – liczy się jedno, przelanie krzywd na stronę, która nam je wyrządziła. Od razu zaznaczę, że nie jestem i nigdy nie byłem zwolennikiem mszczenia się na innych, choć jestem człowiekiem i nie raz miałem takowe chęci, wiele razy też je finalizowałem. Bardzo łatwo mówi się o moralności i powściągliwości, gdy nie kierują Tobą w danej chwili silne emocje i nie doznałeś krzywdy, która w Twoim wewnętrznym systemie wartości nie jest warta zemsty.

Skoro wiemy już jak działa zemsta i jak powstaje, zastanówmy się nad początkowym rozważaniem tego tekstu. Dlaczego zemsta najlepiej smakuje na zimno? Sama już interpretacja tej sentencji, może być w zasadzie dwojaka. Rozpiszmy to sobie:

1.      Zimna zemsta, jako czyn możliwie najbardziej okrutny, który swą potwornością, zamysłem i podstępem koi wszystkie mroczne aspekty naszego postanowienia i pozostawia w nas chorą satysfakcję. Zemstą taką kierują się głównie ludzie o psychopatycznych skłonnościach, których możliwość socjalizacji i odczuwania empatii jest mocno ograniczona. Psychopaci zresztą są zazwyczaj niezwykle wrażliwi na swoim punkcie, bardzo łatwo ich urazić bądź sprowokować a ich brak moralnych hamulców i matematyczny umysł, pozwala na długotrwałe chowanie urazy i planowanie wyjątkowo okrutnych czynów z bardzo dużą dokładnością i schematycznością. Równie często jednak psychopaci uderzają od razu, wszystko zależy od okoliczności, w jakich zostają wystawieni na wycelowane w nich czyny innej osoby. Niektórzy socjopaci także preferują taki rodzaj zemsty, choć raczej w mniejszości, z uwagi na o wiele mniejsze wahania nastrojów i silniejsze osadzenie w przystosowaniu się do norm społecznych.  

2.      Zimna zemsta, jako czyn wyrachowany, popełniony z możliwą starannością i poukładaniem przy zastosowaniu tak zwanej „chłodnej” głowy. Zemsta taka pozwala na dogłębną analizę sytuacji, emocji, motywów i konsekwencji. Nie jest to zemsta impulsywna, jest wyczekana i doskonale zaplanowana. Taką zemstę preferują zazwyczaj ludzie bez skłonności psychopatycznych, ale z problemami emocjonalnymi na różnym polu. Choć tak jak napisałem wcześniej, określona grupa psychopatów oraz niemal wszyscy socjopaci, również zdolni są do procesowania tej konkretnej formy agresji.

Jak widzicie Kochani, jest to temat dość prosty a jednocześnie niezmiernie ciekawy. My wszyscy, jako ludzie, doświadczyliśmy zapewne nie raz zemsty i nie raz sami ją wywarliśmy na kimś. Jednostki ludzkie bez surowego szkolenia od dzieciństwa, nie są w stanie panować nad swoim gniewem w sposób na tyle doraźny, by móc większościowo kasować w sobie negatywne oddziaływanie  innych na nas nich samych. Każdemu nie raz potrafi się ulać, jeżeli tylko dostanie zbyt wiele bodźców, które mu zaszkodzą. Nie każdy jednak, za każdym razem będzie wybierał ścieżkę afektu, i nie każdy będzie patrzył na to, by jak najmocniej ugodzić swojego prześladowcę.

To na tyle, miłego czasu.

Tester Doświadczeń.

 

 

 

czwartek, 13 lutego 2025

Amfetamina- życie na wysokich obrotach?

 




Cześć Kochani, 

chyba nadszedł czas na dalsze poruszenie przeze mnie tematów związanych z uzależnieniem od substancji psychoaktywnych – przy okazji, będzie to kolejna okazja do spowiedzi.

Dzisiaj zajmijmy się moim „ulubioną” substancją zmieniającą świadomość, amfetaminą. Nie będę wam opisywał chemicznych właściwości ani składu tego proszku, po takie info zapraszam na jakąkolwiek stronę internetową poruszającą jego temat. Ja skupić się chce na jak najlepszym przytoczeniu Wam czytelnicy, czym właściwie jest ta substancja dla naszego organizmu i jak odbierana jest przez nasz mózg. Ponad to, opowiem Wam historię, która wyjaśni, w jakich okolicznościach zażyłem po raz pierwszy i czemu chciałem więcej.


Zaczynajmy.


Z amfetaminą pierwszy raz miałem do czynienia w drugiej klasie gimnazjum. Wszystko przy okazji szału na dopalacze. Rówieśnicy z mojego bliskiego otoczenia, nie omijali żadnej okazji do zakupienia sobie jakiś środków, dzięki którym będą mogli się wychillować, bądź pobudzić. Ja byłem oczywiście taki sam, odkąd zacząłem palić marihuanę rok wcześniej, mój stosunek do narkotyków stał się mocno liberalny, miałem ciągłą chęć do eksperymentowania z nowymi środkami i życiem „na luzie”. Każda okoliczność do zażycia, była tą właściwą. Czy to w szkole, czy to w domu, czy to podczas pobytu na podwórku. Jedynym ważnym elementem było posiadanie przy sobie kropli do oczu, gdyż większość środków w jakiś sposób drażniła spojówki. No, ale niekiedy nie dało się ukryć wielkości źrenic, to też był istotny problem, z którym się mierzyłem, chcąc pozostać niewykrytym przez rodzinę czy nauczycieli.

Wracając do tematu, amfetaminę pierwszy raz wziąłem, jako zamiennik pewnego proszku, który regularnie lądował w moich nozdrzach - cocolino. No i co tu powiedzieć dużo? Spodobało mi się, wręcz cholernie mi się spodobało. Cocolino powodowało bardzo duży wyrzut serotoniny i dopaminy do mózgu, człowiek zatracał się w euforii i energii do stopnia pewnego rodzaju dysocjacji – było jej tyle, że nie istniał sensowny sposób na jej rozładowanie. Biegi, pompki, wygłupy, akrobacje, zapasy, chodzenie w jedną i drugą stronę – nic z tego nie przynosiło ukojenia, do momentu zejścia efektu – następowało to zaś, po godzinie do dwóch od przyjęcia pierwszej dawki. Wiadomo, że z czasem człowiek się uodparniał i był w stanie się kontrolować, ale cocolino było po prostu mocne, cholernie mocne i ciężko było dobrać odpowiednią działkę. Z amfetaminą było inaczej, kiedy jej spróbowałem, poczułem czystą energię – niezakłóconą poczuciem odrealnienia, nadmiarem euforii czy uczuciem jakby serce miało mi zaraz eksplodować z podniecenia. Amfetamina układała w głowie zamiast robić w niej totalną sieczkę, nie powodowała też aż tak silnych efektów odstawiennych i bezpośrednio związanych z high’em. Szczękościsk był słabszy, potliwość nieco wyższa, odruchy mięśniowe stabilniejsze, sztywność mięśni słabsza, gałki oczne nie próbowały wyskoczyć z czaszki… No i długość trwania – nie godzina, a sześć, które następnie przechodziły w delikatny zjazd, nadal nacechowany pierwotnym efektem, który trwać potrafił do kolejnych ośmiu, czy nawet dwunastu godzin – oczywiście na początku.

Jak widzicie Kochani, dla ćpuna, którym byłem, był to narkotyk idealny – jedyne, co uratowało trochę mój mózg w tamtym okresie, to dostępność tego środka. Dopalacze szybko zostały zakazane przez rząd a do amfetaminy nie miałem dobrych kontaktów, więc pozwalałem sobie na nią od święta. Na poważnie w jej objęcia wpadłem pod koniec liceum, kiedy udało mi się zawrzeć parę znajomości, blisko mojego miejsca zamieszkania. Od tamtej pory, do zdobycia białej damy dzieliło mnie pięć minut piechotą w najlepszym razie, w najgorszym, trzydzieści.

Amfetamina niezwykle szybko powszednieje, o wiele szybciej niż zioło, jeżeli tylko dać jej na to szansę. Wstanie do pracy bez kreski? Niemożliwe. Pójście do pracy bez kreski? Impossible. Wytrzymanie ośmiu godzin w pracy bez kreski? Amoueli. Wysiedzenie po pracy przed komputerem czy wyjście do znajomych bez kreski? Unmöglich. Także widzicie, ten biały proszek bardzo szybko stał się nie tylko elementem mojego życia, ale jednym z jego filarów. Idealny do pracy, idealny do grania, idealny do nauki, idealny do znajomych – prawdziwa doskonałość. A co się stawało w tym czasie z moim ciałem? Schudłem w „szczytowej” formie piętnaście kilo, dorobiłem się ropnych wyprysków na skórze od potu, zniszczyłem sobie doszczętnie żołądek i podrażniłem jelita, pokruszyłem zęby, osłabiłem kości i zdeformowałem śluzówkę nosa. Ponad to, z powodu ogromnego długu snu, który zaciągałem tydzień w tydzień, przesypiając dwa, trzy dni w tygodniu – zacząłem miewać psychozy i przywidzenia. Wychodząc na miasto odczuwałem stały lęk i miałem wrażenie, że każdy na mnie patrzy, każdy szepta na mój widok. Stopniowo przestawałem wierzyć nie tylko sobie, ale też wszystkim w około, nawet tym, którym zawsze ufałem. Stałem się również naiwny jak dziecko, łykałem wszystko jak pelikan, zaś kiedy siedziałem sam ze sobą, każdy cień i każdy dźwięk, wydawały się obce i zagrażające.

Amfetamina zbiera ogromne żniwo, w bardzo szybkim czasie przesuwa granice dalej i dalej, zaś początkowe eksplozje energii i motywacji, zostają zamienione na jedyną deskę ratunku od potwornego zmęczenia, niechęci, melancholii, smutku i pożerającego napięcia. Znam wielu ludzi, którym ta substancja wyrządziła niemałe szkody i wciąż nie mogą uwolnić się od jej widma.

To na tyle w tym temacie. Pozdrawiam Was Kochani.

Tester Doświadczeń.


środa, 8 stycznia 2025

Stalker 2 - recenzja





Tum du du du du duuuuuum!

 

 

Stalker ukończony w czasie trzydziestu godzin. Była to przygoda jednocześnie piękna, filozoficzna i magnetyzująca... A przy okazji totalnie irytująca i przyprawiająca o ból głowy... NO, ALE DO RZECZY.

 

Nie powiem, może i moje uczucia nie byłby by tak mieszane, gdyby nie liczne crashe i zacięcia których doświadczyłem, a przy okazji utrata zapisów gry, która kazała mi nadrabiać ponad 9 godzin biegania.. TAK, B.I.E.G.A.N.I.A !!!!!

 

Większość rozrywki bowiem opiera się na pokonywaniu naprawdę długich dystansów pieszo. Opcja obozowej szybkiej podróży jest totalnie nietrafiona, użyłem jej raptem dwa razy na cały czas gry. Raz bo chciałem zobaczyć jak działa, drugi raz by cofnąć się do pewnego punktu. Czemu podróż się nie sprawdza? Otóż cele misji, większościowo totalnie nie pokrywają się z kierunkiem w jakim musimy się z obozowisk udać, by progresować dalej.

 

Misji pobocznych napotykanych po drodze fabularnej, jest stosunkowo niewiele. Czasem kogoś trzeba uratować z opresji, czasem z kimś się gdzieś wybrać, czasem zwyczajnie dać komuś apteczkę, żeby się podniósł na nogi. Większość misji z tras, z ulgą pominąłem. Jedyną wartością poza naczelnym nurtem fabularnym, świecą misje poboczne z obozowisk, bądź około fabularne. To za mało by mnie mocno przyciągnąć.




 

Eksploracja świata wydaje się ciekawa przez pierwsze 10 - 12 godzin, później dochodzi do gracza, że w zasadzie wszystko opiera się na tym samym i ba, mało tego, wygląda nawet podobnie.

 

Ruiny, bagna, opuszczone domy i chaty, opustoszale fabryki, podziemia, kompleksy, laboratoria, lasy, pola, wzgórza, kościoły - wydawałoby się, że zwiastuje to pewnego rodzaju urodzaj. W praktyce jednak, wszędzie jest pusto, ponuro i nijako. Owszem, wpisuje się to dobrze w klimat nuklearnej katastrofy, natomiast same widoki bez obudowanej w około nich treści, trochę bolą i smucą. Według mnie więcej questów powinno być związanych z danymi miejscami, bądź powinny oferować jakieś wyzwania lub zagadki. O ile wspanialej byłoby wchodzić do wyglądających na ciekawe miejsc, wiedząc, że zostaniemy tam coś konkretnego.




 

Nasz bohater, Skiff, mimo swojego uroku i charyzmy, jest totalną kłodą. Jak na zawodowego żołnierza z wyszkoleniem pozwalającym na tropienie anomalii i walki z mutantami, wytrzymałości ma tyle ile kot napłakał, co rusz musi popadać w wodoholizm a jego wątroba od energetyków powinna świecić mocniej niż radioaktywny Prypeć nocą. Ponad to, nasz Skiff ma ogromne problemy ze wspinaczką na rzeczy, które sięgają mu wyżej niż do pasa - no chyba, że skrypt gry pozwala. Na szczęście takie niedogodności można do pewnego stopnia a nawet całkowicie zniwelować modami. Mój Skiff męczył się 75% razy wolniej, i wspinał się na obiekty, które były nieco ponad linią jego oczu. Ponad to nie miał problemu z noszeniem amunicji, ponieważ nie odczuwał jej wagi.

 

Linia fabularna wedle mojej oceny, mogła oferować graczowi coś więcej, niż zaoferowała. Nie uważam natomiast, że jest to historia źle napisana, co najwyżej źle poprowadzona w zestawieniu z rozmieszczeniem punktów fabularnych. Filozoficzne treści w postaci Zony, która okazuje się czymś więcej niż tylko olbrzymim polem anomalii, wprawiają w zakłopotanie i pozwalają zastanowić się nad fundamentalnymi pytaniami i rozważaniami na temat egzystencji, koegzystencji i wartości, które kierują różnymi ludźmi.




 

Feeling strzelania jest niesamowicie satysfakcjonujący, potwory dobrze zaprojektowane i budzące grozę. Jedynie ich paski życia są stanowczo przesadzone, co również poddałem zmodyfikowaniu wedle odpowiednio zrównoważonego presetu. Po utracie zapisanej gry, dodałem sobie także na start cztery dość dobre pukawki, z czystej frustracji i chęci zmotywowania się do nadrobienia strat.

 

Anomalie są cudowne, i bardzo łatwo przez nieuwage na nie wpaść, nawet mimo pikania czujnika. Ponad to, archanomalie, są niezwykle piękne, groźne i monumentalne - czuć ich moc na odległość. Wielki plus dla twórców za tak wyraziste twory.




 

Co do głównych bohaterów pobocznych, również większościowo nie mam zastrzeżeń. Dobrze się dzieliło z nimi doświadczenia. Dialogi rozpisane są poprawnie, potrafią rozbawić a i nie brakuje w nich napięcia, sarkazmu i zgryzoty.

 

Podsumowując, Stalker 2 to gra bardzo nierówna pod względem gameplayu i narracji, choć potrafi zauroczyć i nie traci się chęci rushowania historii, nawet mimo błędów technicznych i źle przemyślanych mechanik. Zdecydowanie produkcja ta wybija się ponad przeciętność, ale daleko jej do bardzo wysokiego poziomu.

 

A końcówka... No cóż, rozwleczona, za to niebywale klimatyczna.

 

Ocena końcowa 6.8/10


czwartek, 19 grudnia 2024

Ludologia - czy ma sens?

  


Pytanie, jakie chcę postawić w dzisiejszym tekście, brzmi: czy ludologia ma sens?

Zacznijmy jak zwykle przy takich zagadnieniach, od wyjaśnienia, czym właściwie jest ludologia. Lodologia to dość nowa nauka, której przedmiotem badań, rozważań i zainteresowań ogólnych, są gry, zaś w szczególności gry wideo, z uwagi na ich bardzo rozbudowane mechaniki. Ludologia bada wpływ gier na społeczeństwo, dużą uwagę przykłada do wszystkiego, co grę tworzy. 💕

Skoro już mamy zarys tego, czym jest ta interesująca z perspektywy graczy dziedzina nauki, przejdźmy do rozważania głównego. Od paru lat, obserwuje się w sieci prawdziwy wysyp internetowych znawców gier. Każdy większy streamer, który ogrywa od lat przeróżne tytuły, zapewne w jakimś stopniu uważa się za ich znawcę. Czy jest to błędne podejście do tematu? Nie uważam tak, przynajmniej do pewnego stopnia.

Owszem, zapewne istnieją ludzie, którzy grają w gry totalnie bezrefleksyjnie, nie skupiając się w dużym stopniu na tym, co w danej produkcji jest dopracowane, a co mogłoby być lepiej. Zapewne istnieją ludzie, dla których świat gier jest po prostu miłym wypełnieniem czasu, bądź czymś na kształt ucieczki przed rzeczywistością. Istnieje wiele typów ludzi, ponad to różne sytuacje wzmagają przeróżne stany. To całkowicie normalne. Jednak nie ukrywajmy, że większość ludzi przykłada pewien stopień uwagi, do tego, co ogrywa. Interesujemy się detalami, podziwiamy konstrukcje świata i porównujemy ją z już znanymi. Interesuje nas sposób poruszania się postaci, jakość poszczególnych efektów wizualnych, narraja, systemy walki, czy też to, jak postrzeganie pewnych rzeczy wpływa na nas samych. Tak więc owszem, mając styczność z dużą ilością tytułów i poświęcając im odpowiednią dozę uwagi, jesteśmy w stanie wykrzesać z siebie pierwiastek ludologiczny przy wyrażaniu o nich opinii. Jednak czy czyni to z nas pełnoprawnych ludologów? 😌

Ludologia by mieć prawo bytu i by mieć autentyczną wartość opiniotwórczą, nie może skupiać się na samym doświadczeniu gier. Ważna jest przy tym wiedza techniczna od strony game devu, wiedza psychologiczna, socjologiczna, kulturoznawcza jak i również podstawowa znajomość działania marketingu. W naszych czasach ludolog to naukowiec, w niczym nie gorszy od każdego innego. Ludolog prowadzi badania, pisze publikacje, rozwiązuje i opisuje problemy z zakresu swojej ekspertyzy. Ludolog wyraża opinie, angażuje się w działania korporacji tworzących gry, walczy z praktykami sprzecznymi z dobrem konsumenta. Nie wystarczy nagrywać recenzji, bądź omawiać gry, by móc mianować się ludologiem – do tego potrzebna jest konkretna, szeroka wiedza – poparta odpowiednim wykształceniem. 😉

Stąd dochodzimy do początkowo zadanego pytania, czy ludologia ma sens? W dzisiejszych czasach, jak najbardziej tak. Od wielu już lat obserwujemy ciągły postęp technologiczny i tendencję wykazywaną przez ludzi, do tego by coraz więcej czasu spędzać w przestrzeni cybernetycznej. My, gracze, często jesteśmy narażeni na nieuczciwe praktyki ze strony producentów, jesteśmy także zasypywani wciąż nowymi tytułami, nasze „kupki wstydu” w zasadzie się nigdy nie skończą i musimy się z tym pogodzić, jednocześnie nie dając się stłamsić przez FOMO. Ludologia może w znacznej mierze pomóc nam selekcjonować to, co możemy sobie odpuścić, a czego odpuścić nie powinniśmy. Bada ona wpływy gier na ludzi, ocenia mechaniki i konstrukty, rozwodzi się nad narracją, wartościuje produkty gamingowe, a także porównuje gry w przeróżnych kontekstach, odnosząc je do innych popularnych mediów. 😁

Jakie są więc argumenty, które przemawiają przeciw ludologii? W zasadzie ludzie w dużej mierze uważają, że nie powinno się sztywno oceniać gier, ze względu na przeróżną wrażliwość graczy i to, że każdy może odebrać dany tytuł inaczej. Nie jest to jednak powód do nie uznawania ludologii jako nauki, argumenty ludologiczne bowiem, większościowo zawierać powinny suche fakty, poparte merytorycznymi odniesieniami. Opinie mogą być różne, ale fakty, nie mogą się różnić.

Także moim skromnym zdaniem, poza wymienionymi przeze mnie, koniecznymi do rzetelnego opiniowania dziedzinami wiedzy, należałoby posiadać również dobrze rozwinięte zdolności krytyczne i możliwy obiektywizm. 👿

Także no, ludologia to złoto dla nas, graczy. Pod warunkiem, że Ci, którzy mianują się ludologami, posiadają choć częściowe wykształcenie, pozwalające im nosić to miano.

To na tyle w tych rozważaniach, trzymajcie się!

Tester Doświadczeń

 


środa, 4 grudnia 2024

Medytacja - po co? Na co? Jak?

 




Dzień Dobry Kochani,

 

W dzisiejszym tekście poruszę temat medytacji, wplatając przy tym kawałki mojej własnej z nią historii. Myślę, że będzie to dość ciekawy artykuł, z uwagi na to jak bardzo tajemniczym i budzącym ekscytację procesem jest taka medytacja. Bez zbędnego przedłużania, zaczynajmy! 💕

O medytacji można powiedzieć naprawdę sporo, przy czym ogólna wiedza na temat jej właściwości względem ludzkiego organizmu, nadal jest szczątkowa. W wielu kulturach wschodnich, te wyjątkowe techniki oddechowe, mające na celu zwiększać świadomość i uważność praktykującego, stosowane są już od wieków, ba tysiącleci nawet. To dla Nas, ludzi z Zachodu, jest to coś stosunkowo nowego, czym fascynujemy się i co stale, usilnie próbujemy poznać. Czemu dla ludzi z Zachodu? Otóż nie licząc pierwszych rytualnych obrządków i wprowadzania się w stany euforyczne bądź podwyższonego skupienia przez pradawnych ludzi, to głównie kultury Indii, Chin, Egiptu i Persji, zapoczątkowały szerzenie medytacji jako istotnej w życiu praktyki (Popiela, M., 2016). Wydaje mi się, że we współczesnym świecie, największy wpływ na rozwój medytacji miał buddyzm i hinduizm, jako dwa, ezoteryczne systemy religijne z podobnymi założeniami w kwestii świadomości. O ile buddyzm pozostał przy klasycznym nazewnictwie i rozwinął wiele ścieżek medytacji opierającej się na czystej kontemplacji świata i doznań, tak hinduizm poszedł nieco dalej i połączył aktywność fizyczną z medytacją, tworząc tym samym jogę. Oba te nurty mają wiele do zaoferowania. 😇

Przejdźmy nieco dalej. Czemu medytacja jest taka atrakcyjna i co właściwie daje? Coraz więcej pojawia się doniesień, już nie tylko od strony praktykujących, ale i badających wpływy medytacji. Z głosów które zostały podniesione, dowiedzieć się można, że medytacja poprawia koncentrację i uważność. Wspiera ona logiczne myślenie, pomaga się uspokoić, reguluje ciśnienie krwi, wspiera dotlenianie, umacnia system immunologiczny organizmu a nawet potrafi w istotny sposób wpływać na ludzkie DNA. O jakim wpływie na geny mówimy? Jest to aktywizacja genów odpowiedzialnych za powrót organizmu do równowagi, szczególnie po czynnikach stresowych. Wpływa ona też na bardzo wiele pomniejszych procesów, których określona aktywizacja bądź wygaszanie, w istotny sposób reguluje długość naszego życia. Niesamowite, prawda? Nie byłbym jednak sceptykiem, gdybym nie rozłożył nieco medytacji jako praktyki na części pierwsze.  💣

Jak myślicie, czemu się tak dzieje? Czemu medytacja jest tak bardzo zdrowa i tak mocno popularyzowana i praktykowana od tysięcy lat, zawsze z pozytywnym skutkiem dla medytującego? Odpowiem. Wszystko zamyka się głównie w jednym, najprostszym z biologicznego punktu widzenia akcie – oddechu. Jak wiadomo oddech, jest najbardziej elementarnym i jakościowym procesem psychosomatycznym. Procesy psychosomatyczne to inaczej takie procesy, które wychodząc z ciała, bądź psychiki, wpływają bezpośrednio na te drugie. Wracając do naszego kochanego oddechu, ogólna świadomość ludzi nie wykracza bardzo szeroko poza fakt, że oddech jest półautomatycznym procesem, dzięki któremu możemy żyć. Myślę, że teraz, w czasach zwiększonej świadomości i wzmożonych poszukiwań doznań, dostępna dla ogółu wiedza, rozrasta się w szalonym tempie, więc i jest coraz więcej osób, kierujących się ku samopoznaniu. To cieszy. Znowu odbiłem jednak od głównego nurtu, miałem zaś wspomnieć o technikach oddechowych. To, że oddech daje życie to jedno, zaś to jak może na nie wpływać i jak rozległe ma spektrum działania, jednocześnie działając na organizm w sposób oczywisty - to drugie. 😁

By nie zarzucać Was całym gradem biologicznych pojęć i powiązań naszego autonomicznego układu nerwowego z procesem oddychania, upraszczając mocno powiem, że za jego kontrolę odpowiada rdzeń przedłużony i most, które są częściami naszego pnia mózgu. Kontrolę nad oddechem zaś, oddaje nam kora czołowa (myślenie) i układ limbiczny (czucie). To bardzo potężne uproszczenia, jednak nie ma być to artykuł biologiczny, tylko przestępny dla każdego. W oddechu i jego wpływie na organizm, najważniejsza jest częstotliwość. Szybki i płytki oddech, kojarzony jest przez nasz mózg ze stresem i zagrożeniem, powolny i głęboki, ze stanem relaksu i odprężeniem (jak podczas snu). Na odpowiedzi ze strony naszego wnętrza, bardzo duży wpływ ma również częstotliwość pracy naszego serca, która potrafi bezpośrednio łączyć się ze stylem naszego oddychania (Klasa, K., i inni., 2023). Stąd właśnie wynika potęga świadomego oddychania. Mogąc możliwie dowolnie kontrolować to w jakim stopniu i w jakiej częstotliwości dostarczamy tlen do naszego mózgu, jesteśmy w stanie wygasić bądź nasilić sygnały z naszego ciała, informujące o konkretnych stanach emocjonalnych w jakich się znajdujemy. Ba, możemy je całkowicie zmienić i ukierunkować wedle własnego widzimisię. 😎

Nie jest to oczywiście aż tak proste jak się wydaje. Wyciszenie naszego organizmu i zapewnienie mu stanu relaksacji to jedno, ważny natomiast jest też aspekt psychologiczny, który dopełnia korzyści płynące z całego procesu kontroli. Jeżeli nie wyciszymy swoich myśli bądź nie ukierunkujemy ich w określony sposób, ciężko będzie nam utrzymać na dłużej stan homeostazy. Tutaj znowu cała na biało wchodzi medytacja. Czyli połączenie kontrolowanego oddechu z kontrolowanym myśleniem. Istnieje bardzo wiele rodzajów medytacji, bardzo długo zajęłoby potraktowanie ich z szacunkiem i rozpisanie się na temat wad i zalet. Tutaj zamknę się na bardziej zawężonym podziale. Medytacja dzieli się zazwyczaj na dwie grupy. Jest ta skupiona na obiekcie i ta, skupiająca się na samym skupianiu się. Trochę masło maślane, ale zacznijmy od tej pierwszej. 😜

Medytacja skupiona na obiekcie, jest znana przede wszystkim z o wiele niższego progu wejścia. Jest bardziej przestępna dla laików i nie wymaga bardzo dużych umiejętności samokontroli i z tego powodu jest najszerzej stosowana. Wszelkie rodzaje medytacji koncentrujące się na uważnym kontrolowaniu oddechu, recytowaniu świętych tekstów, patrzeniu w jeden punkt, wykonywaniu świadomych ruchów (joga) czy wydawaniu pojedynczych, przeciągłych dźwięków to te, skoncentrowane na obiekcie. Umiejętność koncentracji i utrzymania uwagi, musi być gruntownie wyćwiczona, zanim będzie można przejść w praktykach medytacyjnych dalej (Radoń, S., 2019). Dla kontekstu dodam, że wcześniejsze twierdzenie, opiera się na buddyjskim dogmacie, natomiast sądzę, że na każdej ścieżce kontroli swoich procesów poprzez aktywne oddychanie i opanowanie myśli, początki winny być takie same. 💓

Medytacja opierająca się na ogólnej uważności jest o wiele cięższa do praktykowania. Wymaga bowiem wysokiej świadomości swoich własnych procesów myślowych i odgórnie wyćwiczonych schematów oddechowych, które wykonuje się już wtedy z marszu. Czemu mówię, że należy mieć wysoką świadomość swoich procesów myślowych? Chodzi o główny schemat działania naszego mózgu. Jak wiemy doskonale, człowiek nie może przestać myśleć. Jest to z biologicznego punktu widzenia absolutnie nie możliwe. Myśli automatyczne będą przychodzić samoistnie. Treningiem w medytacji świadomości, jest pozwolić im płynąć swobodnie. Każdy człowiek na co dzień poddaje się setkom o ile nie tysiącom myśli, które napływają mu do głowy. Nie zawsze potrafi je przepuścić przez umysł i pozwala im samoistnie odpłynąć. W dużej mierze chwytamy nasze myśli i zawieszamy się na nich, choćby na moment. W medytacji uważności, chodzi zaś o to by te automatyczne myśli frunęły sobie przez nasz mózg, bez naszej uwagi. My musimy być skoncentrowani na niczym, wedle słów, że nie widząc nic, widzisz wszystko. Wychwytywanie wrażeń musi tu być subtelne i naturalne, pozbawione kontemplacji. 🙈

Na koniec opowiem o moich doświadczeniach z medytacją. Medytuję z okresowymi przerwami od łącznie 10 lat. Szczególnie powracam do praktyki, jeżeli czuję, że mój okres w życiu jest zbyt napięty i tego wymaga, bądź jakiś czas przed sesjami czy ważnymi, zaplanowanymi wydarzeniami. Pomaga mi to w istotny sposób się skupić, wyciszyć i uświadomić sobie faktyczną wagę przeżywanych sytuacji, pomaga mi to przesunąć te sytuacje w głąb siebie, tak by stały się częścią mnie. Medytacja pomogła mi w wielu ciężkich chwilach i jestem wdzięczny sobie, że uwierzyłem w jej potencjał, kiedy większość ludzi, których znałem, wyśmiewała mnie za moje „ezoteryczne ciągoty”. Oczywiście nie twierdzę, że medytacja jest lekiem na całe zło, bo to wynikać może z powyższego tekstu. Faktem są natomiast rzeczy, o których wspomniałem i jej zbawienny wpływ. Pierwsze efekty medytacji dostrzega się już po tygodniu regularnej praktyki. Wystarczy 5 min dziennie, każdy ma dla siebie tyle czasu, nie wierzę, że nie. Po miesiącu czuje się już znaczną poprawę w funkcjonowaniu, po roku? Nie wiem, nie udało mi się utrzymać tak wysokiej regularności. Jestem człowiekiem dość nie zorganizowanym i bardzo łatwo gubię motywację, jeżeli stale nie poszukuje sposobów by ją utrzymać. Jeżeli zaś chodzi o praktyki medytacyjne, bardzo łatwo wypaść ze schematu, ciężko się zaś wraca – tym bardziej, jeżeli na daną chwilę jest z człowiekiem „wszystko w porządku”. 😔

 

Pozdrawiam Was serdecznie, do zobaczenia!

Wasz Tester Doświadczeń.

                                     Bibliografia

 Popiela, M. (2016). Medytacja a mózg. Wszechświat117(7-9), 214-219.

Radoń, S. (2019). Czy medytacja naprawdę działa?. Wydawnictwo WAM.

Klasa, K., Sobański, J., & Rutkowski, K. (2023). Użyteczność technik kontrolowanego oddychania w psychiatrii. Przegląd badań z ostatnich lat. Część 1–tradycje Wschodu. Psychiatria Polska57(1).

czwartek, 21 listopada 2024

Konformizm a demokracja.

 



 

Cześć Czytelnicy,


Chciałbym poruszyć jedną z ważniejszych kwestii ideologiczno-prawnych w naszym szarym, ludzkim świecie. Mowa oczywiście o demokracji i wpływie ludzkości na zarządzanie swoim własnym losem. Przez wiele lat Polacy w początkach budowy kraju, tak jak zresztą inni mieszkańcy globu Ziemskiego, borykali się z metodologią władzy i kontekstem słuszności różnych, obieranych systemów. Nie od dziś wiadomo, że niema czegoś takiego jak władza idealna czy idealny system. Wszystko, co stworzył człowiek, zawsze będzie równie niedoskonałe i podległe zmianom jak on. Każdy proces twórczy, jak bardzo nie byłby innowacyjny i wyprzedzający swoje czasy, nadal ma przed sobą lata, które poddadzą go weryfikacji. Zawsze. 😁

Jako, że nie chcę poruszać kwestii politycznych, jako takich, nie zamierzam rozwodzić się w tym tekście na temat szkodliwości wyborów „którejś ze stron”. Mam raczej chęć, by spróbować nakreślić swoje zdanie na temat najlepszego dotychczas powstałego systemu, który organizuje naszą władzę i daje możliwość zwiększonej decyzyjności. Demokracja to system dalece niedoskonały. Decyzyjność ustawodawcza polegająca na głosie większości, skutecznie budzi opór elit umysłowych. Niejednokrotnie spotkać się można ze zdaniem, że demokracja to nic innego jak „władza idiotów nad ludźmi mądrymi”. Biorąc pod uwagę statystyki reprezentujące poziom wiedzy społeczeństwa na świecie, śmiało można się z tym zgodzić. Zaznaczyć jednak trzeba, że każdy człowiek ma nieco inne potrzeby. Ludzie prości zazwyczaj myślą bardziej przyziemnie. Naukowcy oraz wszelkiej innej maści intelektualna śmietanka, natomiast często nie są w stanie należycie spojrzeć „z góry” na ludzi, nad którymi mają przewagę. Egoizm i indywidualność to dwa aspekty, które, gdy już się ze sobą dobrze pokryją, stanowią niezaprzeczalnie fundament ludzkiej znieczulicy. Zawsze patrzymy na to byśmy to my mieli lepiej niż ktoś. Usprawiedliwiamy się tym, że inni nie zwracają dostatecznej uwagi na nasze potrzeby, że nie będą żyć naszym życiem, że przecież oni też chcą by to im było dobrze – i to wszystko prawda, budząca jednak wyniszczający ludzi problem, którego nie da się uniknąć. Czy demokracja w jakimkolwiek stopniu naprawia problem pokrzywdzenia ludzi przez ludzi? Tak i nie. 😏

Z jednej strony, władza większości nad mniejszością, daje pewną dozę komfortu każdemu. Ludzie inteligentni ponad średnią, zdecydowanie lepiej przystosują się do panujących warunków niż ludzie, którzy są poniżej tej średniej. Owszem, mniejsza grupa jest przez to nieco pokrzywdzona, natomiast nadal ma duże możliwości do funkcjonowania i rozwoju, właśnie z powodu swojej zaradności. Gdyby odwrócić rolę, wygórowane oczekiwania i nie do końca rozumiane przez większość idee, które kierowałyby mniejszością, mogłyby zostać źle odebrane i znacznie utrudnić komfort funkcjonowania tym pierwszym. Nie jest to jednak kwestia przesądzona i zdeterminowana tylko w jednym kierunku. Ponad przeciętnie inteligentni ludzie z założenia powinni cechować się większą otwartością umysłu i by nie pokrzywdzić innych, mogliby stawiać na rozwiązania, które celują w dobro wszystkich. Wydaje mi się jednak, że jest to zbytnia życzeniowość z mojej strony. Bardziej skłaniałbym się do opcji numer jeden. 💪

Demokracja nasila podziały między społeczeństwem, które usilnie próbuje odrzucać na swój pokrętny sposób chociażby komunizm. Tyle, że komunizm dąży do zabicia indywidualności w imię dobra wszystkich. Jest to równie niebezpieczne i nie do pomyślenia, jak sterowanie większości. Głosowi większości towarzyszy natomiast równie drażliwe zjawisko, uznawane powszechnie za szkodliwe, czyli nic innego jak konformizm. Z bezsilności wobec ostracyzmu społecznego i niemożności przekonania ludzi do swoich wartości, mają oni tendencje do porzucania ich i przyjmowania tych, które są na ten moment bezpieczniejsze lub bardziej pożądane. Jest to jak najbardziej zrozumiałe, jako że ludzie stworzeni są do stadnego życia i historia pokazała, także ta z początków, że wszelkie indywidualności w grupie, zazwyczaj są tępione. Dzieje się tak do dziś. W szkole, w domach, w pracy – gdziekolwiek nie pójdziemy, gdziekolwiek nie spojrzymy, jeżeli ktoś się czymś wyróżnia, z miejsca staje się obiektem zainteresowania – zazwyczaj tego niezdrowego. Nawet, jeżeli ktoś staje na czele jakieś grupy ze względu na swoje wyjątkowe umiejętności bądź przekonania, jako lider zbiera największy ciężar krytyki i to jemu patrzy się zawsze najuważniej na ręce, wyczekuje potknięcia. 😔

Czemu konformizm jest jednako zły i niepożądany? Niby już o tym powiedziałem, chodzi o zabójstwo indywidualności, działające podobnie jak w komunizmie, z tym, że w tym drugim większy nacisk kładzie się na wspólne własności, niż przekonania, choć oczywiście jest to nadal powiązane. W komunizmie mimo jego utopijnej wizji, również wszelka indywidualność musi być wygaszona bądź uważnie kontrolowana. Jednostki myślące inaczej niż większość (szczególnie tych u władzy), zawsze stanowią potencjalne zagrożenie, nawet mimo ich braku możliwości by zmobilizować dostatecznie wielu, by miało to jakiekolwiek znaczenie o charakterze rewolucyjnym. Demokracja cudownie idzie w parze z konformizmem, niemal równie dobrze jak przy panowaniu komuny. Jaka różnica, czy jest garstka osób, które swoimi poglądami reprezentują coś innego niż większość – skoro ich głos i tak niema w praktyce większego znaczenia. Korzystanie z prawa do wolności słowa, niewiele w tym rozrachunku zmienia, tym bardziej zakładając (poniekąd słusznie), że tak naprawdę prawo głosu mamy do momentu, gdy komuś „większemu” od nas ten głosu nie zacznie przeszkadzać. Wówczas zawsze znajdzie się jakiś kruczek, który mniej lub bardziej skutecznie uciszy delikwenta, a przynajmniej wygeneruje mu szereg jak najserdeczniejszych problemów. 😢

Podsumowując. Jak miałby wyglądać system pozbawiony powyższych wad? Trudno mi stwierdzić. Nie czuję się na tyle kompetentny by ustalać system dla całego społeczeństwa. Mogę powiedzieć tylko, że moim zdaniem powinien to być rozwinięty, lepiej przeprowadzony system monarchistyczny, z elementami demokratycznymi. Przywódca zaś powinien co pół roku przechodzić votum zaufania, o które wnosiłoby 50 tysięcy losowych osób z miast i 50 tysięcy ze wsi. Osoby te powinny zaś być przy każdym votum rotowane. Tak by możliwie nie głosowali non stop Ci sami ludzie. Przebicie głosów na poziomie 60 czy 70% powinno decydować. 💘

Trzymajcie się Kochani,

Wasz Tester Doświadczeń

czwartek, 7 listopada 2024

Zwierzaczki, ah zwierzaczki :D

 



Zwierzaki, ah zwierzaki.

 

Witajcie moi Mili,

 

Chciałbym dzisiaj porozmawiać z Wami (choć często jest to forma monologu, ze względu na Waszą oszczędną aktywność w komentarzach) o zwierzętach. Nie tylko o nich samych, ale o tym jaką rolę odgrywają w życiu ludzkim i czego ludzie mogą się od nich nauczyć. 💖

Zacznijmy od tego, że relacje między ludźmi a zwierzętami, istniały w określonym schemacie od zawsze. W czasach, kiedy ludzkość dopiero raczkowała, ludzie czerpali bardzo ograniczone korzyści ze związków ze zwierzętami. Pozyskiwano z nich pożywienie, futro, a także tworzyło się z ich pomocą prymitywne środki transportu. Już na prehistorycznych rycinach jaskiniowych, dostrzec można ludzi polujących lub dosiadających mamuty. To jednak nie wszystko, na niektórych petroglifach przedstawia się bowiem pierwsze relacje ze zwierzętami takimi jak psy (bądź ich tamtejsze odpowiedniki), konie czy woły. Można wywnioskować zatem, że człowiek dość szybko dostrzegł potencjał w wykorzystywaniu zwierząt do celów innych niż te, które umożliwiały mu tylko benefity związane z przetrwaniem. 😎

Zwierzęta jak wiadomo, mogą pełnić cały szereg funkcji, które człowiekowi zwyczajnie ułatwiają i umilają życie. Nie tylko stanowią źródło pożywienia i zasobów różnego rodzaju, lecz są także doskonałymi towarzyszami, stróżami, przyjaciółmi czy nawet terapeutami. Od zwierząt można się wiele nauczyć i docenia się te wartości od wieków. Kult zwierząt, tak zwany animalizm, istnieje w wielu pierwotnych religiach. Z czasem nie tylko określało się zwierzęta jako boskie, lecz dopatrywano się w nich Bogów samych w sobie. Często w starych wierzeniach, przedstawiało się (i w sumie przedstawia nadal) Bogów posiadających zwierzęce cechy. Jest to tak zwane zjawisko zoomorfizmu. Wiele zwierząt ze względu na swoją naturę, została na stałe sklasyfikowana w postaci stereotypu. Wąż kojarzy się ze zdradą i podstępem, pies z przyjaźnią, kot z indywidualizmem, lew z siłą, jeleń z wolnością – a to tylko parę z licznych przykładów. 😄

Wracając do czerpania wartości i zachowań od zwierząt. Warto zaobserwować parę różnych zjawisk z poszczególnych kultur, by mieć pełen obraz na to jak olbrzymi wpływ od zawsze mają na życie ludzkie, nasi zwierzęcy bracia i siostry. Chińczycy wykształcili całą sztukę walki jaką jest kung fu, z pomocą obserwacji zwierząt w różnych momentach, od tych pokojowych do powodujących zagrożenie. Egipcjanie czcili koty jako podopiecznych bogini Bastet. Dzieci Egipcjan uczyły się od tych zwierząt indywidualizmu i polowania, poprzez obserwację zachowań. Na znak żałoby po kocie, posiadacze golili sobie brwi. Indianie natomiast, wielbili wiele zwierząt i niejako wychowywali się wśród nich. Samo to, że dzieciom indiańskim często nadawano imiona składające się z dwóch przymiotów (określającego i zwierzęcego), świadczyło o tym jak wielki szacunek lud ten miał do wszelkiego życia. Indianie nawet zabijając zwierzęta, zmawiali wpierw modlitwę nad ich duszą, były one dla nich braćmi. Wierzyli oni, że każda roślina i każde zwierzę, obdarzone zostały duszą. Słowianie również garściami czerpali od zwierząt i kultywowali je. Niedźwiedzie, łasice, kruki, węże czy wilki – wszystkie te zwierzęta i nie tylko te, odcisnęły mocne piętno na słowiańskich wierzeniach i do dziś posiadają swoją wyjątkową symbolikę. Słowianie tak jak Indianie, traktowali zwierzynę jako swą rodzinę, czuli ze zwierzętami silną jedność i przywoływali zwierzęce dusze podczas licznych rytuałów. 😇

Dzisiaj zwierzęta, bardzo często obdarte są z całej magii. Mimo, że propaguje się szacunek do nich, wiele z gatunków jest pod ochroną rządu i coraz więcej ludzi decyduje się na posiadanie w domu jakiegoś pupila – potrzeba kultywowania i wyjątkowego traktowania zwierząt, odchodzi stopniowo w przeszłość. Na szczęście, coraz więcej organizacji zajmujących się ochroną praw zwierząt, podnosi alarm w ich kwestii. Najbardziej kontrowersyjnymi tematami są warunki hodowania co poniektórych gatunków, pozyskiwania ze zwierząt ich skóry bądź sierści czy piór, a także zjadania zwierząt uznawanych powszechnie za domowe. Szczególnie w krajach Wschodnich, te problemy znacznie się nasilają. Kontrowersyjnym tematem jest też używanie zwierząt do eksperymentów medycznych i kosmetycznych. O ile te pierwsze, niosą za sobą bardzo wiele pożytku i od lat pilnuje się, by warunki eksperymentalne były możliwie humanitarne, tak przy przemyśle kosmetycznym, procedury często są prowadzone fatalnie. Oba typy eksperymentów, co przykro jest mówić, kończą się nierzadko śmiercią zwierzęcia. Musimy jednak w swoich odczuciach pohamować prywatne poglądy w tym temacie. Bardzo łatwo mówić, że nie powinno się wykorzystywać zwierząt w badaniach, jednak nikt nie kwapi się do tego, żeby zająć ich miejsce. Czy tego chcemy, czy też nie, zwierzaki są niżej w hierarchii niż ludzie i nie zapowiada się by przyszłość miała to zmienić. 😜

Wracając jeszcze do pozytywnych aspektów posiadania zwierzaczka. Zwierzęta uczą emocjonalności, potrafią mieć udział w leczeniu chorób takich jak depresja. Przytulanie się do kochanego pieska (i nie tylko) działa kojąco na zmysły i potrafi poprawić każdy dzień, ogranicza zgubny wpływ samotności. Koty swoim mruczeniem, mają udowodnioną naukowo skuteczność do obniżania poziomu napięcia i lęku. Kiedyś mówiło się nawet, że leczą nim z wielu dolegliwości w tym reumatycznych – i może być to prawda. Zwierzaki uczą także odpowiedzialności. Nierzadko trzeba z nimi wychodzić a na pewno trzeba je regularnie karmić i dbać o ich zdrowie. Zwierzęta mają także umiejętność do odwracania uwagi od problemów, dlatego są często polecane osobom, które zmagają się z trudnościami takimi jak uzależnienie czy wycofanie. 😀

Zbierając wszystko do kupy. Nasi futrzaści (bądź i nie) przyjaciele, byli z nami od zarania dziejów i chcąc nie chcąc, pomogli nam przetrwać tak długo. Gdyby nie zwierzęta, umarlibyśmy z głodu, nie rozwinęlibyśmy także wielu umiejętności w takim stopniu, jak udało się nam je rozwinąć. Masę rzeczy by nie powstało, gdyby nie jakiś zwierzak, który się tej rzeczy przysłużył, często poświęcając ku temu swoje życie. Szanujmy zwierzęta i kochajmy je. Może i nie są nam równe, może i nigdy nie będzie tak, że będziemy mogli się obyć bez pożywiania się nimi – natomiast pamiętajmy, że są to nadal wartościowe istoty, które czują. 😼

Pozdrawiam Czytelnicy.

Tester Doświadczeń


Zemsta najlepiej smakuje na zimno.

    Pamiętacie Kochani moi pradawne chińskie przysłowie z filmu Quentina Tarantino, które tak naprawdę nigdy nie zostało wypowiedziane? Ta...