piątek, 2 stycznia 2026

Droga do s..........

 



Witam moi Drodzy!

Dzisiaj chcę poruszyć dość smutny i ciężki temat, jakim jest samobójstwo. Na pewno nie powiem przy tej okazji niczego, co nie zostało już powiedziane, natomiast nadal mogę wyrazić swoje poglądy, perspektywy i wpleść w to wszystko historie, w jakich miałem udział.

Życie to największy możliwy dar, lecz pod pewnymi względami również, największe możliwe przekleństwo. Przychodzimy na świat, który jest brudny, zepsuty, pełen chorób, trosk. Świat zniewolony przez system, który sami stworzyliśmy. Świat, w którym bardzo ciężko jest zbudować coś stałego, natomiast bardzo łatwo spaść w dół, nawet przy okazji zupełnie błahych sytuacji, które urastają czasem do rangi nierozwiązywalnych problemów.

Właśnie dlatego, choć uważam, że samobójstwo jest największą formą poddaństwa wobec świata, jestem jednocześnie w stanie taką decyzję do pewnego stopnia zrozumieć. Czasem nawet, rozumiem ją całkowicie, są to jednak wypadki na tyle skrajne, że stanowią może z 1% ogólnych przypadków. Mowa tu oczywiście o ludziach całkowicie niezdolnych do kontroli swojego życia, takich, którzy cierpią katusze nie mogąc nic z tym zrobić, bez szans na poprawę swojego stanu.

Zdecydowana większość ludzi, popełnia jednak samobójstwo w impulsie, bądź z powodu głębokiej depresji, którą przecież można z powodzeniem leczyć. Sam byłem w depresji ponarkotykowej, więc mam mniej więcej pojęcie na temat tego, jak silnie potrafi ona demotywować do życia i jak ciężko rozpoczyna się każdy kolejny dzień… Do teraz te stany potrafią do mnie wracać. Nie umiem jednak wyobrazić sobie stanu, który spowodowałby u mnie faktyczną chęć do odebrania sobie życia. Owszem, często powtarzałem sobie to, jak bardzo chciałbym umrzeć i jak wiele by to zrobiło dobrego i jakby to było móc nie cierpieć wreszcie, oraz mieć za sobą wszelkie trudności. Jednak od myśli do czynu, jest bardzo daleka droga. Nigdy nawet nie zamierzyłem się na czynność, która mogłaby doprowadzić do utraty życia, a przynajmniej nie bezpośrednio.

Moja narkotykowa krucjata, bowiem bardzo długo ciągnęła mnie w dół, a w mojej głowie nie było jasnych hamulców. Zawsze stwierdzałem, że i tak zdechnę kiedyś, więc jak zrobię to szybciej to nic wielkiego się nie stanie – zasługuję na to. Taka powolna droga do zatracenia, to jedyne, co akceptowałem w temacie samobójstwa, zresztą nie było to do końca uświadomione. Takie myśli pojawiały się zazwyczaj, kiedy przesadziłem z ilością przyjętych środków, w innych wypadkach zawsze chciałem żyć.

Mój przyjaciel powiesił się w czasach policealnych, nagromadzające się problemy zdrowotne, psychiczne i w relacjach - przy okazji niespodzianek życiowych – zmusiły go do tego. Pijany i naćpany zawisnął na drzewie. Nigdy mu tego nie wybaczyłem do końca, nie było to dla mnie do zrozumienia. Wystarczyło uwolnić się od narkotyków, alkoholu i toksycznych osób – i mógł z powodzeniem prowadzić nowe, lepsze życie. Smutne, że wybrał sobie taki koniec.

Inny przypadek to dziewczyna, poznana zupełnie przypadkiem, w parku. Zapłakana, zapuchnięta, w poczuciu beznadziei. Od rozmowy do rozmowy, dowiedziałem się, że była ofiarą gwałtu w dalszej rodzinie, do tego jej bliskich dręczył problem alkoholizmu. Ona sama oddała się wielokrotnie chłopakom na imprezie, którzy również ją gwałcili, bowiem nie była do końca świadoma tego, co robiła - wszystko przez upojenie alkoholowe i narkotyki. Wstyd, pustka, gniew, rozpacz i poczucie niesprawiedliwości odbierały jej energię każdego dnia. Dwa razy próbowała się zabić, za trzecim razem sam powstrzymałem ją podczas rozmowy na Skype. Udało mi się wyprowadzić ją na prostą z pomocą zwykłych, życzliwych i szczerych rozmów, oraz okazjonalnych spotkań. Czasem zdarzało mi się także do niej krzyczeć… co bardzo istotne, bo nie krzyczałem na nią. Krzyczałem do niej. Namówiłem ją by regularnie dzwoniła na telefony zaufania, by poszła na terapię. W końcu wyprowadziła się z miasta  – nie mam z nią kontaktu, ale wiem, że żyje. Szczerze powiedziawszy, nie wiem czy udałoby mi się, gdybym sam nie zmagał się w tym czasie z licznymi problemami, w tym z uzależnieniem od narkotyków. O wiele łatwiej wpłynąć na osobę, jeżeli jest się w jej "bańce".

Bardzo łatwo jest przekreślić swoje życie, jeżeli tylko okoliczności temu sprzyjają. Bardzo łatwo odrzucać pomoc, nie chcąc się mierzyć z tym, co nas boli. Potrzeba bardzo wiele siły, żeby móc stawić czoła swoim demonom, zaś jeszcze więcej, by z nimi wygrać. Natomiast warto pamiętać, że choćbyśmy byli najbardziej samotnymi ludźmi na ziemi, tak naprawdę nigdy nie musimy być sami. Są organizacje i specjaliści, którzy zawsze wyciągną do nas pomocną dłoń, gdy tylko będziemy w kryzysie. Nie warto też szybko się zniechęcać, jeżeli początkowe efekty nie sprostają naszym wymaganiom – do wszystkiego potrzeba czasu, nic nie dzieje się także samo, we wszystko trzeba wkładać siebie.

Tak czy inaczej, warto. Bo choć świat ogólnikowo nie jest wesołym i przyjaznym miejscem, to nadal jest w nim od groma piękna, z którego dużą część, kreujemy sobie sami z pomocą naszych czynów i tych, którymi się co dzień otaczamy.

Pozdrawiam Was Kochani.

Tester Doświadczeń.

 

Droga do s..........

  Witam moi Drodzy! Dzisiaj chcę poruszyć dość smutny i ciężki temat, jakim jest samobójstwo. Na pewno nie powiem przy tej okazji niczego,...